Jan Tereszczenko-List Aniwersalny

JAN-AND-WINNIE

 

List Aniwersalny.

Było nasz czterech… Od 1945 roku, aż do matury w 1951, dzieliliśmy tę samą klasę, (wtedy odbywało się to zawsze w tym samym pokoju), u Staszica, (Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Staszica, w Warszawie), przemianowanego później na Gimnazjum i Liceum TPD, (Towarzystwa Przyjaciół Dzieci), nr.2…, urodzonych tego samego dnia, 3 lutego 1933 roku. byli to: Janek Tereszczenko – ‘Teresa’, ‘Talmudysta’, (najstarszy, bo urodzony o piątej rano…); Jerzy Wojciech, ‘Wojtek’, Pułaczewski — ‘Puła’; Wojtek Kroszczyński – ‘Cytra’, ‘Król’; i Ryszard Zatchej, (+ niestety zmarły nam przedwcześnie…). Ja, co roku, z okazji naszej ‘’Okazji”, adresuję moich tzw. ‘braci’, listem Anniwersalnym na jakiś temat, za każdym razem inny, i oparty na tym, co z danej okazji mi ‘ślina na język przyniesie’, i to zarówno bez jakiegokolwiek planu, ale i bez oczekiwania, że dostanę od kogokolwiek jakąkolwiek na to odpowiedź. Ponieważ ‘tematy’ tych Anniwersalnych listów udają mi się czasem dość zwięźle dotykać spraw o szerszej skali zainteresowania, za pozwoleniem moich prime-adresatów, pozwalam sobie dzielić się nimi z szerszym gronem czytelników, jakim w tym wypadku (2015) jest TOWARZYSTWO KULTURY POLSKIEJ, w Edmontonie… i to właśnie jest to… tutaj… poniżej… Jeśli przyjdzie komuś z Państwa udzielić odpowiedzi na to moje ‘poniżej’, będę wdzięczny, jeśli nie… też…! I serdecznie pozdrawiam…   Tarrrah…!

 

Moi Drodzy: Wojtku. Wojtku i Ryszardzie (symbolicznie),

No dobra… To ileż to już tych lat poszło pod Poniatoszczak od czasu, kiedy…? I to jakby to ten ‘Słynny’ Dzień, z braku innych okoliczności, by nazwać…? …? OSIEMDZIESIĄTE I DRUGIE NASZE URODZINY…? Czyli, że OSIEMDZIESIĄT DWA LATA, prawda, TEMU, i żeby nie być gołosłownym, i żeby rzeczywiście odnieść to wydarzenie do jakiegoś bardziej wymiernego punktu historycznego, (w Amerykach, ostatnio nazywają coś takiego: ‘The Point In Time’…), czyli, np. DO PIĘCIU DNI PO… DOJŚCIU HITLERA DO WŁADZY, (czyli do przejęcia przez niego urzędu Kanclerza Trzeciej Rzeszy, jako przywódcy – FÜHRERA znaczy się – większości parlamentarnej Partii NSDAP, w REICHSTAGU…), itd… Bardzo ciekawy punkt historyczny; i to, w którym przyszło nam brać udział, prostym i normalnym ‘przyjściem na świat’….! Czyli, że nie ma sprawy, co…? Przyszlim na świat i tyle…! Ale jest w tym zawarte i inne znaczenie, bowiem to nie tylko jest kwestia jakichś tam 82. lat, ale – i w tym nie jesteśmy znowu takimi wyjątkami, ostatecznie wielu ostatnio dożywa takiego ‘podeszłego’ wieku – ale i w tym… I tu pozwólcie mi trochę rozszerzyć i ironię, karykaturę i anegdotę odnoszącą się do tego ‘punktu w czasie’ historii… Bo, powiedzmy, gdybyśmy na przykład, wyszli na ulice, (i to nawet nie ważne, czy w Warszawie, czy w Istambule, New Yorku, czy nawet – właśnie, O…! w tym Berlinie, i to nawet, zaraz tuż obok tego Reichstagu…), z mikrofonem w ręku, i zaczęli zatrzymywać przechodniów, i zadawać im, o takie np. pytanie: Proszę państwa, 82 lata temu nastąpiło pewne bardzo ważne wydarzenie historyczne, czy może Pan (Pani) przypomnieć, o co nam tutaj chodzi…? No, to i możecie sobie dopisać resztę tej historycznej anegdoty, bowiem poza zmarszczeniem czoła, uniesieniem oczu ku niebu i wzruszeniu ramionami, nie dostalibyśmy żadnej odpowiedzi… Ha…! A przecież, bo to nam nawet wcale nie o tego Hitlera, a raczej o nas czterech tutaj chodzi…! Bowiem właśnie wtedy PRZYSZLIŚMY, prawda, NA ŚWIAT, a to, w odniesieniu do faktu, że właśnie obchodzimy nasze 82. URODZINY, i że NADAL ŻYJEMY, (No…, Ryszard odszedł przedwcześnie, co prawda, prawda, ale…?), jest tym — cóż tu ukrywać — najważniejszym faktem historycznym…! No, właśnie… Ale nie tylko… Bo również chodzi też i o tego Hitlera; Hitler, bowiem jest jak gdyby miarą, nie tylko naszego własnego życia, (i co w tym życiu się wydarzyło prze te 82 lata, częściowo w wyniku jego dojścia wtedy do władzy między innymi…), ale pewnego rodzaju i miarą tego, co się wydarzyło na Świecie przez te same 82 lata, (i to także częściowo przy udziale tego samego Hitlera, prawda, ale nie tylko…), i co jest niezwykle warte zastanowienia się, i odpowiedzenia na powyższe pytanie, i to nie tylko w kwestii tego: ‘Point In Time’, ale i wszystkich innych ‘punktów’, jakie nazbierały się, i to nie tylko w NASZEJ pamięci, ale i w pamięci Historii Świata od tamtego czasu, a których jesteśmy, — i proszę mi się tu nie wymigiwać…! — prawda, ŚWIADKAMI…! A dużo tego, co…? Bo iluż to Papieży w tym czasie…? (A ilu…?……..); iluż Prezydentów Stanów Zjednoczonych…? (Ilu…?……..); iluż Sekretarzy ONZ-tu…? (Ilu, i jacy…?……..); ileż wojen, mniejszych czy większych, tu czy tam…? (Podobno od 1945 – też mi data…! – nie było jeszcze tzw. Trzeciej Wojny Światowej, ale nic straconego…!)… Ileż idiotycznych doktryn, doszedłszy były do władzy, a potem upadłszy, ‘w proch i pył’…? Ileż…? Ileż…? Ileż…? Nie tylko palców nie starczy, ale i pewnie nawet i gombjuderów… Czyli, że… STRASZNIE DUŻO…! A wszystkiemu temu MY…, dalej…, jako Świadkowie tej Historii, i dalej ‘na stanowisku’… Niesamowite, co…? Czyli, że wszystko to nie tylko, że nakłada na nasze barki ładunek ciężaru historycznego, jakiego nie mamy prawa się pozbyć, ale i świadczenia w sprawach, które nie tylko nie przestały się DZIAĆ, ale wręcz przeciwnie, NADAL SIĘ DZIEJĄ, i to w niemniejszym stopniu i nasileniu, a wręcz przeciwnie… No, bo wystarczy otworzyć TV, a sypie się stamtąd niekończąca się ilość informacji na temat tego, co podobno chodzi, jako: NEWS… I wcale nie tylko to, bo to nie tylko, że nie zmniejsza się ilościowo, ale i jakościowo… I może nawet jest coraz gorzej… Tzn. ‘jest coraz gorzej’, bo tak decydują tzw. media, (czyli środki masowego przekazu…), a media decydują, bo media muszą wypełniać czas wiadomościami często powtarzanymi w nieskończoność, i to niezależnie czy są one prawdziwe, ważne, unikalne, czy tylko, jako podkładka do przebiegu reklam i ogłoszeń, dla których są one jedynie tłem… Nie umniejsza to jednak faktu, że w tle dzieje się, i to i tak DOŚĆ DUŻO; i to niezależnie od faktu jakichkolwiek interesów komercjalnych w to wplątanych, ale i… I tutaj chciałbym wrócić do sprawy rzuconej mimochodem (nieco powyżej…), a mianowicie do tych ‘idiotycznych doktryn’, co to one najpierw stwarzają niesłychaną ilość zamieszania, a następnie upadają ‘w proch i pył’… No, i w związku z tym, pozwólcie mi przytoczyć tu pewną anegdotę historyczną, mojego autorstwa, a która ma prawdopodobnie znacznie większe znaczenie historyczne, niż by się z niej samej wydawało… A oto ta moja anegdota, nb. odnosząca się znów do tego wspomnianego już wyżej Hitlera, który to odegrał taką wspaniałą historyczną rolę w naszym przyjściu na świat…: W 1939 roku ja miałem wtedy, (myśmy wszyscy czterej też wtedy właśnie mieli…), sześć lat, a sześciolatki nie odgrywały wtedy – i nadal nie odgrywają…! – zbyt poważnej roli w wielkich sprawach tego Świata, No, ale JA WŁAŚNIE, ŻE ODGRYWAŁEM, (w tej anegdocie, znaczy się…). Więc, ale i niezależnie od tego, gdyby był wtedy ten Hitler przyszedł do mnie, np. z takim oto pytaniem: „Co sądzisz, Jasiek…? Czy mam zaczynać tę Wojnę czy nie…?” Powiedziałbym mu wtedy tak: „Dolfciu, daj sobie spokój, i nie zawracaj sobie tym głowy… Nic z tego nie wyjdzie… Będzie straszna ilość bałaganu, mnóstwo zniszczenia i cierpienia, a potem i tak wszystko wróci do normy…” Ale mnie wtedy, ani Hitler, ani nikt inny, o żadne zdanie nie pytał, a gdyby może i TAK, to bym był może uratował ten Świat od kolosalnego zniszczenia i cierpienia… Koniec anegdoty… No, i kto miał rację…? On czy JA, sześciolatek…? I, co więcej, od tamtego czasu nie wiele się zmieniło, poprawiło, czy jak mu tam, bo gdyby kolejni przywódcy Narodów, Partii, Kościołów, Religii, Szczepów, czy czego tam jeszcze, posłuchali tej mądrej rady wtedy — i później…! — nie zaczynaliby przeróżnych fanaberii, jakich konsekwencje nie tylko nie dawały się przewidzieć a priori, a które w swojej okropności — ale ostatnio i w skali… — przekraczają jakiekolwiek ludzkie wyobrażenia. I co…? I nic…! Nic się nie zmieniło… Karawana dalej wali w tym samym kierunku, i… z takimi samymi konsekwencjami… No, bo kule, prawda, padają, trup się ściele, Damaszek i Gaza płonie, (ostatnio i Paryż też…), i tak jak było w tym 1939 roku, nic się Świat nie nauczył, chociaż od tamtego czasu, (tzn. dokładniej, bo od tego 1945 roku, latem…), nie było podobno jeszcze tzw. Wojny Światowej, (Trzeciej, jak by się kto pytał…), aczkolwiek innych wojen i wojenek to i na palcach nie zliczysz, a i jeszcze mniejszych morderstw i szalbierstw, to nawet i gombjuderem nie ogarnie… Czyli, że nic się nie zmieniło, i nihil novi sub sole… itd. Już w czasie pisania tej korespondencji przyszedł do mnie tzw. mejl, (poniżej…):. http://dotsub.com/view/72457cbc-fe18-4053-ae3f-6c7639cf4e79 Pat Condell jest znanym korespondentem, filozofem, pisarzem, myślicielem, ateistą, (ale nie historykiem…), i niewątpliwie ma rację, ale, aczkolwiek tej Trzeciej Wojny Światowej, (WWIII), jeszcze nie było, to sam fakt, że ktoś o tym mówi, znaczy, że… MOŻE BYĆ…! Ukułem kiedyś w relacji do podobnych sytuacji pewne powiedzonko, które nazwałem: The Mushroom Syndrom… Mówi on, ten Mushroom Syndrom, że jeśli idziemy kiedyś w las, na grzybobranie, i znajdzie się JEDEN grzyb, to… BĘDZIE I DRUGI…! Co w tym przypadku znaczy, że jeśli Pat Condell coś mówi, to będą na ten temat coś mówić i inni, a od takiego ‘mówienia’, (vide tamta anegdota, powyżej…), do czynów nie jest wcale znowu tak daleko; szczególnie, jeśli już jest w przygotowaniu odpowiednie tło medialne, a od takich aż się roi… Czyli, że sprawa tzw. WWIII nie jest wcale taka nierealna, jak by się wydawało, i tylko brakuje odpowiedniego ‘Hitlera’, (a może właśnie, że już jest…?), żeby to wszystko — i to niezależnie od jakowyś tam ‘sześcioletnich doradców’… — przedsięwziął… Ale…, tempora mutantur, i jeśli w tamtym 1939 roku, tamten Hitler, w tzw. WWII jechał jednak na podbój Świata, (najbardziej wtedy podobno ‘zmotoryzowaną Armią Świata’…), ale jednak konno, taki sam ‘Hitleryna’ A.D. 2015, będzie fruwał na międzykontynentalnych rakietach, i to uzbrojonych w ‘bronie atomowo-wodorowe’, (i w tzw. Internet hacking…), a takie to od tamtych czasów, posunęły się, co nieco, technicznie… Daje do myślenia, co…? Mówiąc o tych ‘idiotycznych doktrynach’… Ostatnio bardzo modnym przedmiotem dyskusji jest sprawa tzw. „Islamu”, (piszę w cudzysłowie, bowiem sprawa Islamu, już sama w sobie dość skomplikowana, jest jeszcze bardziej skomplikowana jego rolą polityczną…). I nie próbujmy tutaj uciekać od określenia spraw takimi, jakimi one są naprawdę, (a nie, jakimi się one nam wydają być…), bowiem zarówno Islam, jak i dwie inne religie monoteistyczne, Chrześcijaństwo i Judaizm, wywodzą się z tego samego źródła, BIBLII…, która niezależnie jak interpretowana przez każdą, jednoczy jednak te podstawowe trzy doktryny w pewien układ polityczny, jaki próbuje on nie tylko nie ujawniać się w dyskusjach na ten temat, ale wręcz przeciwnie występuje raczej, jako niewidoczny casus belli pomiędzy nimi samymi. Sprawa niezwykle skomplikowana, bowiem, jak wiadomo, odchylenia doktrynalne są znacznie bardziej niszczone przez interpretatorów tych doktryn, niż nawet ich przeciwieństwa… Jeśli więc mowa o tej ewentualnej WWIII, będzie ona niewątpliwie wojną, nie tyle między ideologiami politycznymi, (kapitalizmem, komunizmem, nacjonalizmem, demokracją, wolnością słowa, konstytucjonalizmem, a w ostateczności i interesami ekonomicznymi, itp…), ile miedzy ideologiami RELIGIJNYMI… Nic niby nowego, były już przecież i Krucjaty, i Krzyżacy, (nawet z naszej własnej historii…), a i Konkwistadorzy hiszpańsko-portugalscy, wszyscy dokonujący całkiem nie małego rozlewu krwi w procesie wprowadzania Chrześcijaństwa na obszarze czy to palestyńskim, czy to nadbałtyckim, czy południowo-amerykańskim, a i sama Biblia Sacra, (i inne dzieła podstawowe tych trzech religii…), pełne są niekończących się potyczek o interpretację tzw. ‘Słowa Bożego’, między interpretatorami aktualnych wersji tych doktryn. Jeśli jednak chodzi o naszą pozycję, vis-a-vis tej ewentualnej ‘Trzeciej’, to tu sprawa znów, wydaje się, zaczyna się komplikować kolejnymi innymi sprawami… No, dobra…? Czy czytaliście aby Koran…? (Qur’an…). Nie…? A dlaczego nie…? Wiem… Nudne…! Strasznie nudne to pismo, i strasznie skomplikowane, ale ja czytałem, i mam w mojej kolekcji pism religijnych wersję angielską Qur’an, przez którą przebrnąłem z niemałym trudem, bo to wcale nie takie łatwe, ale warte tego, bo… Oczywiście, stojąc na pozycji, (z pozycji…), naszego tradycyjnego Katolicyzmu, my patrzymy na Islam, nie z pozycji Islamu – całkiem zrozumiałe… – ale i z pozycji już znacznie odpolitycznionej, (za wyjątkiem może, co poniektórych tzw. radykalnie biblijnych odłamów protestantyzmu fundamentalistycznego…), Chrześcijaństwa (Katolickiego…). Ale, i o ile nawet i Judaizm, (też z małymi wyjątkami Chasydyzmu…), w jego procesie historycznym też się odpolitycznił, (Izrael nie jest państwem religijnym, a otwartą demokracją…), o tyle Islam, jest nadal religią POLITYCZNĄ, (opartą na bardzo politycznym Qur’an’ie…), i w swojej najbardziej widocznej i aktywnej formie dokonującej nadal bardzo krwawych aktów politycznych, pod auspicjami…: Allah akbar…!; czyli, że cóż tu ukrywać, samego Boga, (tak jak to jest powiedziane w Qur’an’ie…). I od tego trudno uciec, niezależnie czy interpretuje się to, jako, że skoro od innego Boga, jest to nieuzasadnione ’teologicznie’… Ale to jest już inna sprawa… Pozwólcie mi teraz, w formie kolejnej, prawie anegdotycznej, wprowadzić tutaj pewną konsekwencję mojego dociekania ‘religijnego’: Kiedyś, już dość dawano temu, miałem szereg bardzo interesujących dysput o religii, z bardzo serdecznym i uznanym profesorem Historii Religii na tutejszym Uniwersytecie, (UofA), prof. dr King-Farlow. W czasie tych dysput ukułem formułę odnoszącą się do WSZYSTKICH Religii, (wszystkich Publicznych Doktryn…)… Oto ona: Każda religia, (Doktryna Religijna, i każda inna Doktryna…), składa się z TRZECH zasadniczych elementów, części… Częścią podstawową jest: FILOZOFIA, na jakiej taka doktryna jest oparta, (np. O…! Biblia, Qur’an, Marksizm-Leninizm, ‘Mein Kampf’, itp…); następną częścią jest: ORGANIZACJA, (Kościół, Matka Nasza, czyli Watykan, Sobór Moskiewski czy Ateński, Główna Kwatera Führera, Biuro Polityczne Partii, SS, Ayatollah Ruhollah Khomeini, itp…), jaka dyryguje, dysponuje, edukuje, kontroluje, rządzi i ew. karze trzecią część, czyli: KONGREGACJĘ (Naród, wierni, Masoneria, NSDAP, PZPR, Siły Zbrojne, itp…), podporządkowanych, upodlonych, ogłupionych, administrowanych, nauczanych, dyrygowanych, wysyłanych na bój i na śmierć, czy na inne misje rozbudowujące kongregacje po jak najszerszym terytoriumI nie jest nic nigdzie inaczej, i tylko zmiana ‘nagłówka’, czy ‘pisma świętego’, a reszta zawsze się wpasuje…! No, to teraz sprawa Islamu… ISLAM JEST — i nie da się tego ukryć… — RELIGIĄ POLITYCZNĄ, a w swojej najbardziej radykalnej formie ostatnio, (ale i przedtem też…), bardzo krwawą, i też niezwykle zainteresowaną zarówno w rozbudowywaniu kongregacji, jak i w rozprzestrzenianiu terytorialnym… Nic w tym nowego…; już starożytni, a potem w ostatnich – naszych – czasach, najpierw…, zarówno Hitleryzm-Nazizm, jak i Komunizm, (Międzynarodówka Komunistyczna…), ogłaszali, a potem różnymi krwawymi środkami dążyli do ‘opanowania świata’, do czego dąży ostatnio, (ale i przedtem też…), radykalny Islam… Islam ma do tego kilka zapewnionych Qur’an’em praw, jedno, odnoszące się do posiadania przez Islam ziemi, (lądu..), a drugie, do rozprzestrzeniania religii. Pierwsze, które mówi, że każda ziemia (ląd…), raz w posiadaniu Islamu (wiernego Muzułmanina…), jest po wsze czasy, i nieodwołalnie, Islamska; drugie, że KAŻDY MUZUŁMANIN, ma obowiązek rozprzestrzeniania religii na tzw. ’niewiernych’, których opór karany jest przez karę śmierci, w wykonaniu tegoż Muzułmanina… Polityczne, co nie…? Jest to oczywiście określone w Qur’an’ie, ale również interpretowane, jako osobny kodeks prawny (religijny…), zwany: Sharia, (sharīʿah…), określający znacznie więcej praw i ich konsekwencji, każde sankcjonowane prze Boga, (Allah…), a interpretowane indywidualnie… (i karane przez każdego Muzułmanina, też indywidualnie…). Ale mnie nie o dezyderat religijny tutaj, a raczej o podbudowę w tej dyskusji, mi chodzi, stad też ograniczam się jedynie do najbardziej radykalnych koncepcji religijno-politycznych Islamu — i nie do całej sprawy tej religii i jej Sharia — pozostawiając to do dalszej, albo znacznie bardziej uzasadnionej politycznie dyskusji… A z tą jest właśnie problem… No, bo właśnie te media, (czyli środki masowego przekazu, znaczy się…!)… Czyli te media…? Acha…! Bo właśnie te media, po każdym dramatycznym występie Islamu, naładowane są nieskończoną, i nieskończenie powtarzającą się ilością, nieskończenie powtarzających się tych samych obrazków i dyskusji, ale… I tu jest problem… Niektórzy mówią, że: ‘media kłamią’, co brzmi ładnie, ale może nie tyle jest prawdą, ile raczej sloganem, ale z media jest też inny, znacznie bardziej istotny problem… Bo media… (media są teraz, jak wiadomo, raczej an entertaning niż nformative medium…), w tej swojej interpretacji nie trafiają NIGDY w sedno sprawy — w to, O CO naprawdę CHODZI — dotykając raczej jedynie jak najbardziej zewnętrznej, i jak najmniej ważnej części zagadnienia. Stało się to chyba już tradycją, rutyną – i z tym należy się pewnie pogodzić – a odnosi się to prawie do wszystkich zagadnień dostarczanych nam przez tzw. środki masowego przekazu: Mijają się z istotnością tematu… Zacząłem zastanawiać się nad tym w związku z tym Islamem, ale i w związku z wieloma innymi zagadnieniami, (np. z konstytucyjnie zapewnioną sprawą prawa posiadania broni w USA, drugs i War on Drugs, też w USA — ale i gdzie indziej po Świecie… — itp…). Jeśli jednak chodziło o Islam, moje dociekanie odnosiło się do istoty tematu, czyli do sprawy… RELIGII…! O co więc chodzi…? Dlaczego środki masowego przekazu nie dotykają sprawy religii, pokazując jedynie, i rozbudowując, okrucieństwa ‘reprezentantów Islamu’…? Bo zaatakowanie istotności religijnej Islamu, może spowodować daleko idące wątpliwości na temat istotności religijnej siostrzanych religii, a głównie, (bo tu chodzi o dominującą religię na terenie dyskusji, czyli…), o Chrześcijaństwo, we wszystkich jego wersjach, a to jest już tabu…! Oczywiście pan Pat Condell, (vide powyżej…), może nie liczyć się ze słowami, bo nawet jako ateista, nie musi się obawiać kary za to co mówi po linii religijnej, (aczkolwiek, co prawda, jakieś 400 lat temu i tak sam Papież spaliłby go na stosie za herezje…), bowiem w świecie chrześcijańskim wszystko już teraz wolno, (w miarę…), i taka dyskusja jest w pełni dozwolona, (vide niniejsze…). Aczkolwiek, nie oszukujmy się, fundamentaliści chrześcijańscy – bądźmy szczerzy – nie są wcale tak odlegli od fundamentalistów muzułmańskich, w np. narzucaniu swoich religijnych zasad innym, (vide np. amerykańska prohibicja anty-alkoholowa, przepisy przeciw przerywaniu ciąży, walka przeciw gays i ich małżeństwom, i inne…), jednym słowem, sprawa religijna, czyli niebezpieczna w publicznej dyskusji, czyli: Shut up…!, i koniec…! A jakie jest moje zdanie na ten temat…? Biorąc pod uwagę to, co się właśnie dzieje z tym fundamentalistycznym Islamem, ale i z istotnością Chrześcijaństwa — szczególnie tego fundamentalistycznego — nie jest wykluczone, że zbliżamy się jednak do jakiegoś pewnego punktu krytycznego, jakiego wyrazem może być np. ta… WWIII, (religijna, znaczy się, prawda, ale nie koniecznie…), a ponieważ tradycyjne religie, jeśli nie administracyjnie – ORGANIZACJA… –, to zdecydowanie FILOZOFICZNIE się jednak, bodaj, wyczerpały, więc tylko KONGREGACJA nadal biega i strzela, (Muzułmanie…) — nie bardzo wiadomo do, (dla…), i jakiego celu… — albo podnosi głos i tzw, lobbying, np. w Kongresie USA, (Chrześcijanie…), podczas kiedy reszta Świata bieży w kierunku, w którym wkrótce będzie bardzo trudno, jeśli nie niemożliwe, wytłumaczyć intelektualnie nawet samemu Światu jego Świat, czyli… chyba jednak WOJNA…! A Muzułmanie…? Bomby samobójcze, strzelanina z karabinów maszynowych, ISIS, ISIL, al-Qada, Boko Haram, itp., jako interpretacja Islamu, jakoby religii o jak najbardziej pokojowych zasadach i pryncypiach… Allahu akbar…! i… Al-ḥamdu lillāh…! No dobra…! Z mojego punktu widzenia, prawdopodobnie wyczerpałem temat… Nie kompletnie, oczywiście, ale to tutaj jest listem między przyjaciółmi, a nie dysertacją historyczno-filozoficzną, więc pozwólcie, że skończę tu, oczekując jednak, że wnioski z tej dyskusji posypią się z Waszej strony, nie mniej równie na poważnie, jak to było założeniem i ew. produktem, pracy autora… Dalsza dyskusja jest wiec otwarta i mile widziana…! Mam jednak jeszcze kilka dodatkowych myśli, jakimi chciałem się z Wami podzielić… (Nb. jeśli chodzi o WOJNĘ, to jej odpowiednikiem będąc… POKÓJ, pozwoliłem sobie dodać jeszcze, w dodatkowym Post scriptum, kilka myśli na temat tego właśnie Pokoju, z przed kilku zaledwie lat… Przeczytajcie też…) No właśnie… A też coś na temat tych: media, (czyli środków masowego przekazu, żeby nie było żądnych wątpliwości…). Wspomniałem, powyżej, że te media…, że jako że są one podobno dziś bardzo istotną i prawie nieodwołalną częścią naszej codziennej egzystencji, a szczególnie, że jako że żyjemy podobno w Epoce Informatyki, (Informacji, znaczy się…), są-li te media środkiem informacji, (Informatyki, znaczy się…), czy-li też nie…? Pozwólcie, że zacznę najpierw od… Informatyki… Otóż z tą Informatyką jest coś teraz nie tak. Obserwuję ostatnio jakieś takie pewne ‘niedoinformowanie’, jakie rozpanoszyło się w ramach tej Epoki Informatyki, w procesie przekazywania – jakoby — informacji. W czasach, kiedy nie było jeszcze tej dramatycznie ogłoszonej Epoki – albo, kiedy była ona jeszcze znacznie uproszczona i nieskorumpowana – informacja międzyludzka, (a o taką mi tutaj chodzi…), przebiegała głównie po linii bardzo szczegółowo określanego ludzkiego gadulstwa, (i pisactwa…), w jakich zawierany był przebieg bardzo nawet skomplikowanych procesów informacji publicznej, i to z detalami…! Później, z nastaniem całkiem rozbudowanych środków przekazu i ich technologii, przebieg informacji rozszerzył się niespodziewanie, i to z coraz większymi detalami technicznymi… Ale z nastaniem tej Epoki Informatyki, informacja międzyludzka, najpierw powoli, a potem z coraz większym rozpędem uległa dramatycznemu rozszerzeniu się w ilości elementów kontaktu tej informatyki, ale równoczesnemu skróceniu się w samej jej istocie; aż do takiego stanu, że o ile ilość samych message’y jest obecnie ASTRONOMICZNA, sedno ich samych skurczyło się do tego stopnia, że większość z tych coraz krótszych message’y jest w większości przypadków zupełnie niezrozumiała. Tzn. ona jest i może nawet zrozumiała dla autora informacji, ale, w większości wypadków dla odbiorcy NIE…! Ten stan rzeczy, sam w sobie dość humorystyczny ma jednak dość dramatyczne skutki, szczególnie, jeśli chodzi o FAKTYCZNY przebieg INFORMACJI, a nie jej… IMITACJI. Imitacja, bowiem informacji, przechodzi ostatnio jakiekolwiek ludzkie wyobrażenie, a jej konsekwencje mogą stać się już wkrótce nie tyle humorystyczne, ile wręcz tragiczne. Dla dość trywialnego przykładu niech przytoczę tu znów dość anegdotyczną sytuację w bardzo – wydaje się – nie tak ważnej sprawie informatyki, ale której możliwe konsekwencje mogą być całkiem zaskakujące… Posłuchajcie: Zdarzyło się kiedyś, że musiałem dokonać bardzo dokładnej i skomplikowanej selekcji dość sporych archiwów biura. Polegało to na posegregowaniu olbrzymiej ilości papierów i dokumentów, każdy po datach ich emisji… I tutaj powstał całkiem niespodziewany problem: Okazało się, bowiem, że prawie każdy dokument datowany był w innym, każdy w swoistym systemie datowania, (i to w przeróżnych, często trudnych do rozszyfrowania pozycjach na dokumentach…). Ponieważ nie miałem ucieczki, i musiałem to zrobić – a stało się to dla mnie kolosalnym zawracaniem głowy — na marginesie tej operacji spisałem przeróżne wersje tych dat, otrzymując w konsekwencji listę ponad 35. wariantów pisania daty, nie bez pewności, że odnalazłem wszystkie… (Anegdotycznie… było to: 09.08.12, czyli: kiedy…?)… (Nb. Z mojego własnego podwórka: W naszym YEG (Edmontonium, znaczy się…), używam usług dwu banków: Canadian Western Bank i Bank of Montreal, i z obu mam książeczki czekowe, z wydrukowanymi pozycjami na daty. Uważajcie…! CWB: YYYY – MM – DD, a BMO: DD – MM – YYYY… A na ich korespondencji BMO pisze: December 31, 2014. W pale się nie mieści, co…?) To jest, oczywiście anegdota, ale przykładów można by mnożyć, i jednym z nich jest obecnie już kompletnie rozpanoszony zwyczaj odpowiedzi na telefon, (też medium Informacji, Informatyki, znaczy się…), przy użyciu nagrania, jako odpowiedzi…– z dużą ilością alternatyw, często trudnych do zrozumienia — jaka kończy się propozycją pozostawienia (nagrania…), swojego kontaktu telefonicznego, na ew. odpowiedź, która – i tu zjawia się inny, a nie mniej ważny aspekt tej sprawy – często NIE NASTĘPUJE…! Informacja…? Informatyka…? Mam ostatnio na mojej wokandzie cały szereg spraw z organami zarówno Rządu Kanady, jak i USA… Nawet takie proste sprawy, jak wypełnianie i przekazywanie standardowych dokumentów, stały się ostatnio tak skomplikowane, (w procesie, podobno, uproszczenia procesu przebiegu Informacji…), że niejednokrotnie wymagają znacznie dłuższego czasu, i znacznie bardziej skomplikowanych dociekań, niż takie same załatwiane dawniej… ‘przez okienko’… Uproszczenie…? My foot…! Ale i na tym nie koniec, bowiem przebieg zwykłych komunikacji, (informacji…), międzyludzkich poddał się też dość dziwnej formie, ta polegająca na tym, że jeśli NADAWCA INFORMACJI wie, o co chodzi, zakłada, że i ODBIORCA TEŻ WIE… A odbiorca, np. JA, nie wie, i co z tą Informacją…? (Informatyką znaczy się…?). Może, w analizowaniu powyższego przez Was, wydawać się Wam, że: ‘O czym on mówi…? Ale po bliższym zastanowieniu się, dojdziecie niewątpliwie do wniosku, że coś się dzieje, może pozornie niezauważalne, ale coś bardzo niedobrego, i to w coraz większym zakresie… W związku w tym przypomina mi się pewna, znów anegdota, z czasu jeszcze mojej młodości. Korespondowałem wtedy, i to dość intensywnie z kilkoma korespondentami, na duże i ważne odległości, (np. z moim Ojcem w Stanach…), i nawet na maszynie, (wiele z tych zachowanych korespondencji okazało się po latach bardzo interesującymi załącznikami historycznymi do tamtych czasów…), i pamiętam admonicję mojej Mamy w sprawie tych moich korespondencji… Pamiętaj Jasiu, że to, co piszesz musi być zrozumiałe dla odbiorcy, z jego punktu widzenia, a nie dla ciebie, z twojego… Święte słowa…! Zanikające w procesie rozwoju naszej Ery Informatyki. (Przykład…? TIME Magazine zawiera często jedną stronę reklamy jakiegoś np. środka medycznego… z następującymi po niej DWOMA STRONAMI, tzw. disclaimers, drobniutkim drukiem, kompletnie niezrozumiałych dla czytającego, i przeczących często istocie samej informacji komercjalnej… Po co…? No wiemy, ale…)… I jeszcze jedno: Kiedyś dawniej, Przedsiębiorca, Sprzedawca, Obsługujący Urzędnik, a nawet Policjant, (mówię oczywiście o okresie z przed PRL, albo tego, co wtedy występowało, jako na tzw. ‘Zachodzie’…), zakładał swoją operację, funkcję, służbę, itp., z myślą, w pierwszym rzędzie, o ODBIORCY… Dziś już takich nie ma… Ten sam przedsiębiorca, sprzedawca, urzędnik, itp., zakłada swoją operację jedynie na… interesie DOSTAWCY, (produktu, usługi, służby, informacji, itp…), i od tego też nie ma już ucieczki… Co gorzej, zaczynamy się do tego nie tylko przyzwyczajać, ale i już tego nawet nie zauważać…   Przepraszam, że ani ten, ani tamte, (powyżej…), tematy nie zostały przeze mnie tutaj, niniejszym, kompletnie wyczerpane… Musiałbym może napisać książkę na te, albo i na inne, podobne, tematy, aktualnie okupujące moją uwagę, ale na to się nie zanosi… Ten list jest jedynie moim kolejnym listem Anniversalnym, z okazji… a ta, już sama  sobie jest warta specjalnych ŻYCZEŃ, czego wam oto właśnie mam honor życzyć, czyli że… ABY DO WIOSNY…!!! TARRRAH…!Wasz, Jan TEKO) A teraz wspomniany powyżej, Post scriptum…  Wspomniałem, że jeśli nie WOJNA, to POKÓJ…? Otóż okazuje się, że oba są równie niekorzystnym, nienaturalnym, niepożądanym, ale i nieuniknionym stanem w życiu społeczeństw, państw, narodów, czy nacji…Pozwólcie mi przypomnieć tutaj pewien bardzo interesujący dokument z przed dość dawna już dzisiaj, ale nadal i interesujący i pewnie równie aplikujący, i to całkiem niezależnie…Otóż, we wczesnych latach 1960-tych, jeszcze w czasie kadencji prezydenta JFK, (Kennedy’ego…), i w okresie istniejącego wtedy zagrożenia atomowego, trudno powiedzieć czy z inicjatywy Ministerstwa Obrony, czy Senatu Stanów Zjednoczonych, podjęto wysiłek określenia konsekwencji ew. Wojny Atomowej, jaka wtedy wisiała w powietrzu. Ponieważ ten dokument był ściśle tajny, nadal nie jest jasne czy autorem tego dokumentu był zespół naukowy powołany wtedy przez RAND Corporation, czy też przez Komitet Senacki do Spraw Zagranicznych — albo jego Podkomitet do Spraw Zbrojeń — i chociaż sam dokument jest już obecnie dostępny pod: The effects of nuclear war. – Page 146, vide: (https://books.google.ca/books?id=HelETd7JuQwC&pg=PA146&lpg=PA146&dq=Rand+corporation+US+Senate+paper+on+the+consequences+of+war&source=bl&ots=QWIQwmIti0&sig=WJSBuFS7HsKA5XlhMPpQa3Y4sro&hl=en&sa=X&ei=fXnJVLzjIsjisATHjYLoCg&ved=0CD8Q6AEwBQ#v=onepage&q=Rand%20corporation%20US%20Senate%20paper%20on%20the%20consequences%20of%20war&f=false, pewne jego elementy są nadal ocenzurowane, np. data wydania, (przypuszczalnie ok 1961-2…).Ponieważ, w tym samym czasie – a szczególnie w okresie administracji prezydenta LBJ, (Johnson’a…), istniała w USA poważna opozycja, zarówno do wojny w Wietnamie, ale i do wojny atomowej w ogólności, uzyskał on poważny wyraz polityczny — negatywny…! — stąd też, około roku 1966-67, ukazał się, opracowany jakoby przez podobnie tajnie uformowany Komitet 15-tu renomowanych naukowców, którzy przygotowali – jakoby… — podobny Raport, dokument pt. REPORT FROM IRON MOUNTAIN ON THE POSSIBILITY AND DESIRABILITY OF PEACE, (Raport spod żelaznej góry w sprawie możliwości i przydatności pokoju).Już zaraz po, podobno…, nielegalnym i nie mniej tajemniczym opublikowaniu tego Dokumentu, wieść gminna doniosła, że był to podstępny żart polityczny, paszkwil w odpowiedzi na tamten Raport, nie mniej doskonale przygotowany i zredagowany, ale niemający nic wspólnego z dociekaniami Rządu USA w sprawie zawartej w tytule, aczkolwiek przygotowany, jak i uzasadniony w detalu równie na serio, jakgdyby np. takim był… Grono odbiorców podzieliło się wtedy na dwie zasadnicze grupy: Pierwsza, włączając w to nawet, podobno, samego prezydenta Johnsona, zajęła stanowisko obrony tajemnic państwowych i natychmiastowego wycofania tego z publikacji, druga, która najpierw podchodząc do tego z wielka rewerencja, ale i z rezerwą, parsknęła następnie śmiechem, niepozbawionym również aspektu poważania, jako że dokument ten mówił o wcale nie błahych, a wręcz przeciwnie, o bardzo poważnych sprawach, wynikających z możliwości zaistnienia powszechnego i stałego POKOJU, po całym Świecie…Początkowo posądzano o to niejakiego John’a Kenneth Galbraith’a, znanego ekonomistę, profesora Harvardu, liberalnego polityka i publicystę, ale to nie był on. Z czasem, szydło wyszło z worka, i ostatecznie autor tego dość wspaniałego dokumentu, pisarz, naukowiec i też liberał, Leonard C. Lewin, ujawnił się w roku 1972, jako autor, i ew. uzyskał nawet copy rights na całość materiału, aczkolwiek vox populi uznał jego prawo jedynie do Wstępu, pozostawiając naukową resztę dokumentu nadal w wątpliwości i tajemnicy…Mam ten dokument w moich papierach, i zachowałem go w pamięci jeszcze z czasów mojego pierwszego czytania, w 1968 roku, kiedy ten tekst wyglądał zdecydowanie, jako bardzo dokładnie naukowo uzasadniona parodia tamtego, prawdziwego…Główną tezą tego dokumentu jest założenie, że System WOJENNY jest podstawowym elementem stanowiącym zasadniczą okoliczność dla stabilnego systemu rządzenia społeczeństwami… …’przez zapewnienie bazy narodowościowej i uzasadnienie władzy Rządu do kontrolowania podległego mu społeczeństwa… Zostało, bowiem … już określone, że ostateczny koniec wojen oznacza koniec narodowych niezależności, i w ostateczności, koniec narodowości, jak ją pojmujemy obecnie… a … powstające „narody” epoki pokoju… rządzone będą … przez instytucje typu Sąd Światowy, czy Narody Zjednoczone, ale posiadające pełną władzę.’ … I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…Nie mam w planie przytaczać tutaj tłumaczenia całego dokumentu – za duże to — a jedynie te wyjątki, jakie uzasadniają dość negatywnie istnienie stałego i generalnego POKOJU, jak i potrzeby WOJEN, jako zasadniczego argumentu istnienia Świata, takim, jakim go znamy… Jeden tylko jeszcze argument, jaki zachował się w mojej pamięci, a jaki można uznać za bardzo przekonywujący zarówno socjologicznie, jak i jako wynikający, do pewnego stopnia, z dziania się obserwowalnych wydarzeń obecnie, i w konsekwencji bardzo już długo trwającego POKOJU, a mianowicie, że…:‘… to, co uzyskało już powszechne uzasadnienie, to jest, że instytucja służby wojskowej może być rozumiana, jako środek do kontrolowania wrogich, nihilistycznych, i potencjalnie zakłócających porządek publiczny elementów aspołecznych… i w konsekwencji … uznawania za „wojskową” konieczność… i, że … typowe armie składały się zawsze z „nienadających się do zatrudnienia w handlu, przemyśle czy w rolnictwie, a dowodzonych przez oficerów niezdolnych do uprawiania jakiegokolwiek zawodu, albo do prowadzenia jakiegokolwiek biznesu”, szeregów wojsk …’ Żeby nie utonąć w szczegółach tego argumentu, uznajmy za pewnik, że społeczeństwa POKOJU mają zawsze pewien stały procent niezatrudnialnych, niespokojnych, i często całkiem kryminalnych elementów młodzieńczych, jakie w wypadku służb wojskowych, i w ich konsekwencji… WOJEN…!, zostają… ‘w naturalny sposób…eliminowane ze społeczeństwa, albo odpowiednio kontrolowane… W wypadku stałego POKOJU, natomiast, sprawiają ich społeczeństwom dość poważny kłopot, a to jest dość widoczne ostatnio w pokojowym układzie znanych nam społeczeństw…Czyli że WOJNA nie jest w swojej istocie zjawiskiem tak negatywnym, a POKÓJ zjawiskiem tak pozytywnym jak je malują…? Aj wej…!Rozwinąłem ten argument tutaj w tym: Post scriptum, jako taki intelektualny dodatek do dyskusji zawartej w zasadniczej części tego listu, (powyżej…), zakładającej tzw. możliwość, (ba…! może nawet konieczność…), ewentualnej WWIII… Ale nie absolutnej…, nie absolutnej…! I to tyle… Pps. Za Waszym pozwoleniem pozwolę sobie dzielić się tym listem z poniektórymi moimi przyjaciółmi, którzy może zechcą też się zainteresować, i może się nawet zaangażować się, w postawione przeze mnie tutaj tezy, (zagadnienia, pytania…?), itd. OK…? I to już jest prawdziwy koniec tego okolicznościowego elaboratu…!!!

Comments

  1. antyliterat says

    Typowy dla erudytow w pewnym wieku smietnik czyli tzw. pozory wiedzy i nagromadzenie elementow znanych a polaczonych na “okretke”. Erudyci czyli ci co na kazdy temat, o wszystkim i wlasciwie nic waznego ani odkrywczego nie maja do powiedzenia ale mowia, gadaja, pisza, slinia sie, podniecaja wlasna wspanialoscia i tak az do konca dni swoich…
    Panie, daj im troche odpoczac aby mogli zaczerpnac oddechu a nam wszystkim zeslij kogos kto by to wszystko przeczytal…

  2. Kończy „antyliterat” swój krótki – a jakże głęboko krytyczny, pogardliwy i zjadliwy komentarzyk westchnieniem do Stwórcy:
    „Panie, daj im troche odpoczac aby mogli zaczerpnac oddechu a nam wszystkim zeslij kogos kto by to wszystko przeczytal…”.
    I Pan w swej łaskawości wysłuchał „antyliterata”, przynajmniej częściowo. I zesłał tego „kogoś”, czyli mnie, co to wszystko przeczytał.
    Przyznaję, nie była to lektura łatwa. Bo i styl – według mych gustów – nieco zbyt gawędziarski, przypominający czasami słynne ongiś „dialogi na cztery nogi” („antyliterat”, jako człek jeszcze bardzo młody – zgaduję – pewnie nie pamięta). I wielkie bogactwo, nagromadzenie wątków w tak przecież krótkim tekście. Ale jednak… przy całej, tak dla mnie typowej „brawurowej bezkompromisowości”, czemu czasami daję wyraz np. na tym tu TKP’owskim portalu, nie zdecydował bym się jednak wylać wiadra cuchnących nieczystości na siwą głowę sędziwego Autora, jak zrobił to młody i gniewny „antyliterat”.
    I to nie tylko dlatego, że osobiście cenię i szanuję Janka Tereszczenkę, ale przede wszystkim, że jego „List aniwersalny” zawiera w sobie sporo ciekawych spostrzeżeń i myśli. Ot, weźmy chociażby temat „religie a wojna” – jakże wciąż, a szczególnie ostatnio, aktualny.
    Mam nadzieję na rozwinięcie i kontynuację tego wątku, na „łamach”, a może i w bezpośredniej rozmowie z Autorem.
    Takiej nadziei zabraknie jednak niestety autorowi komentarza. Bo jego anonimowość, dosyć chyba ostrożnie „dyskretne” ukrywanie się pod pseudo „antyliterat”, choć daje szansę bezkarnego oplucia, wyklucza jednak możliwość otwartej rozmowy.
    Szkoda, że zapalczywość młodości nie zawsze wiąże się z odwagą cywilną…

  3. Jan Tereszczenko (TEKO) says

    W odpowiedzi Drogiemu Antyliteratowi… Mój e-mail w załączeniu czeka na ujawnienie się osoby do ew. przedyskutowania, prywatnie ili publicznie, postawionach zarzutów, no i do poznania niestety jednostkowej osobowości komentatora… A szkoda, bo zawsze podnosząc jakiekolwiek zagadnienia, anegdotycznie-li, czy bardziej uzasadnenie, marzę i śnię o reakcji moich ew. czytelników, czekając na szansę dalszej dyskusji, w takiej czy innej formie…
    I nadstawiam ucha…!
    Z poważaniem…
    Ałtor

Leave a Reply to Jan Tereszczenko (TEKO) Cancel reply

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.