Nasza Pani Olga.

Autor: Staszek Smuga-Otto

Bez znieczulenia
Ani żeśmy się obejrzeli, a już dwa lata mijają niebawem od tej radosnej chwili, gdyśmy się tu, na tym blogu pierwszy raz spotkali. Gdy, dzięki przyjaznej zachęcie ówczesnego szefostwa TKP, postanowiłem zaryzykować.
Nigdy przedtem sam blogu nie prowadziłem, a jedynie żerowałem na innych, wymądrzając się czasami w dyskusjach. Ale że jednak nęcilo, więc dałem sie skusić. Od samego początku też byłem przekonany że, by mój wysiłek miał sens, a czytelnicy satysfakcję i korzyść, artykuły na blogu powinny unikać banału, oczywistości, politycznej poprawności. Mogą natomiast budzić kontrowersje, wzburzać, oceniać „bez znieczulenia” zjawiska, poglądy i ludzkie postawy. Byle nie „ad personam” i nie pojedyńczych, konkretnych i identyfikowanych z imienia osób , no chyba… że są to osoby publiczne, np. politycy. Zdecydowany brak wazeliny – bo ta dobra jest w gabinetach kosmetycznych, nie na blogach.
Tym zasadom starałem się pozostawać wiernym, a czy mi się to udało i w jakim stopniu? Ocenić możecie jedynie Wy. Ja zauważyłem, że przysporzyło mi to czytelników, nowych zwolenników, przyjaciół – nie tylko edmontońskich współziomków, lecz i tych ze „starego kraju” i z paru innych miejsc w Europie. Choć zdarzało się też niestety, że niektórzy nie wytrzymali krytyki swych postaw i poglądów i , miast próbować je uzasadniać, dyskutować, odwracali się tyłem. No cóż… smutne to, że wszystkich zadowolić się nie da, a nie każdy chce i potrafi argumentować – ich to prawo.
Udało mi się też chyba utrzymać w ramach zapowiedzianej we „Wstępniaku” tematyki: polityka – kultura – społeczeństwo – historia. Wszystko dosyć aktualne, nawet historia też tylko ta, którą sam pamiętam, a czasem i doświadczyłem na własnej skórze. Bo znów, jakiż byłby sens powtarzać to, co już powiedzianym, lub napisanym zostało?…
Będę więc kontynuował, nieregularnie, ale uparcie. I liczę na Waszą pobłażliwość, zrozumienie, zainteresowanie i współudział. Czytajmy, spierajmy się, nie obrażajmy się, dyskutujmy! A teraz….

Nasza Pani Olga.
W nagrodę za cierpliwość i na rozpoczęcie tego trzeciego roku chcę Wam opowiedzieć o pewnej pani, mieszkającej od lat na sudeckim odludziu w starym, poniemieckim domostwie na polanie, nad strumykiem spływającym do leśnej dolinki.
Otóż, lat temu chyba z piętnaście ta pani, zachęcona ogromnym powodzeniem napisanych przez siebie paru opowieści, postanowiła w kolejnej z nich opisać swój dom i jego okolicę. A że i dom stary, ciekawy i okolica dzika, malownicza, wydawało się to zabiegiem łatwym i stosunkowo prostym. Tym bardziej, że pani ta obdarzona została przez naturę wielkim, niezwykłym literackim talentem. No i się zaczęło…. Gdy tylko jej stary dom „zorientował” się, co też ta pani sobie z nim poczyna, zaczął domagać się współuczestnictwa w tworzeniu opowiadania.
Pewnej jesiennej nocy siedziała sobie przy starym, ciemnym dębowym stole o pobrużdżonym przez czas i niezliczonych stołowników, nierównym blaciei stukała na komputerowej klawiaturze swą opowieść. I nagle w szum klawiatury komputera wmieszał się nowy dźwięk, posyszała gdzieś od powały dziwnie brzmiące skrzypnięcia. Coś jakby to kornik drążył uparcie – ale i trochę inaczej, niż zwykle. A zaraz potem zrozumiała, choć nie było nic więcej, jedynie ten skrzyp, że to dom mówi, że prosi, by opowiedzieć jego, i jego dawnych mieszkańców historię. I opowiedzieć też dziwaczne, pokręcone historie życia dawnych sąsiadów. Bo kiedyś, na tym uroczym bezludziu było więcej domostw, zostały po nich tylko zarośnięte krzewami i zielskiem zarysy fundamentów, o które potykała się czasami, zbierając jesienią grzyby.
Posłuchała więc tej prośby i tak, zamiast krótkiego krajoznawczego opowiadanka powstała opowieść niezwykła, dziejąca się między kiedyś a teraz, między nocą a dniem, jawą a snem. Na cześć współautora nazwała ją: „Dom dzienny, dom nocny”, wydała w wałbrzyskim wydawnictwie „Ruta”, a potem przełożono ją na wiele języków.
Czytałem ją i ja, i lektura ta wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej, że sporą część swego dzieciństwa spędziłem tam, mieszkając w Sudetach. W takich właśnie starych, poniemieckich domach, w częściowo zruinowanym opactwie Cystersów w górskich dolinkach nad leśnymi potokami. Była to więc opowieść o krainie mych dziecięcych lat, przepiękna, niesamowita opowieść. Zapragnąłem gorąco poznać i ten dom i tę panią i w parę lat później, gdy wraz z Dorotą – która też jest rodem z Sudetów – odwiedzaliśmy Polskę, postanowiliśmy spełnić nasze marzenie.
Był koniec maja, piękna, słoneczna i bujno-zielona sudecka wiosna. Pożyczonym autkiem wjechaliśmy w dolinę kłodzką i dojechaliśmy do miasteczka Nowa Ruda. I co dalej? Ani adresu, nawet i nazwy wioski czy jakiegokolwiek człeka, co to mógłby nam doradzić, pokierować, nie znaliśmy. Po krótkiej naradzie wojennej nad filiżanką kawy w starym, zabytkowym rynku zauważyliśmy obok kawiarni małą księgarnię. W księgarni jedna z pierwszych książek, na które padł nasz wzrok była dopiero co wydaną następną książeczką tej pani. Kupiliśmy ją, a płacąc starszej pani księgarce, tak niby od niechcenia zapytaliśmy, czy może zna tu kogoś, kto by nam pomógł w znalezieniu adresu autorki. Staruszka rozpromieniła się – „o… nasza pani Olga” – powiedziała czułym, miękkim głosem, jak mówi się czasami o kimś bardzo bliskim, kochanym. „Naszą panią Olgę znają tu przecież wszyscy. Ona mieszka na takim odludziu, tam chyba nawet nie ma adresu”. I wytłumaczyła nam dokładnie, jak tam się dostać. Więc pojechaliśmy.
Najpierw szosą, potem bitą, górską krętą drogą, potem jeszcze bardziej krętą i stromą leśną dróżką. No cóż, chyba pomyliliśmy drogę, może niezbyt uważnie słuchalismy pani w księgarni? A może jej się coś pomieszało? Należałoby więc zawrócić i może spróbować raz jeszcze. Ale jak tu zawrócić na tej wąskiej stromiźnie? Brnęliśmy więc dalej, bez nadzieii – aż gąszcz zaczął się przerzedzać, stromizna stawać mniej stroma, a na prawo, w płytkiej dolinie na łące ukazał się naszym oczom dom. I to nie byle jaki dom, bo… dom dzienny, dom nocny!
Na rozległej werandzie przyjaciółka „naszej pani Olgi” przyjęła nas zimną, z soku miejscowych owoców zrobioną lemoniadą i – czekając na panią Olgę, która właśnie wracała ze spotkania autorskiego w Wałbrzychu – zabawiała nas opowieściami o ich tam życiu. Tak nas, gwarzących na jej przyzbie, zastała pani Olga.
Nieco zaskoczona niespodziewaną wizytą nieoczekiwanych gości uspokoiła się, gdy zapewniłem, że nie jesteśmy dziennikarzami żadnej z gazet, nie przyjechaliśmy po autografy czy wspólne, pamiątkowe fotki. Że przyjechaliśmy z końca świata, by poznać Ją, „naszą panią Olgę”, autorkę książki o krainie naszego dzieciństwa. By zobaczyć, dotknąć, jakoś doświadczyć tego jej „domu dziennego, domu nocnego”. Była chyba bardzo wzruszona, my jeszcze bardziej. I tak to właśnie poznaliśmy najświetniejszą polską pisarkę współczesną, laureatkę wielu prestiżowych nagród literackich, tłumaczoną na wiele języków, Olgę Tokarczuk. I jej, bardzo oryginalny, nieco dziwaczny dom.
Czytałem chyba wszystkie jej kolejne książki, każda inna, i każda z nich świetna. Świetne literacko – pani Olga, jak rzadko kto, bawi się mową, pieści polszczyzną – choć nieco przekornie twierdzi, że w ten język została „wrzucona”, że jest jego „niewolnicą”. Wyśmienite wyobraźnią fabuły, często na pograniczu specyficznego dla niej, i tylko dla niej, realizmu magicznego. Bardzo polskie, ale i uniwersalne zarazem. Niezwykle wysokiej intelektualnej próby. Bo pani Olga zagląda głęboko i ciekawie widzi i opisuje świat – często tam, gdzie wydaje nam się być już pusto, ona zauważa istnienie czegoś, jakiś bytów nieoczekiwanych, nieprzewidywanych.
Jedna z jej ostatnich książeczek, zbiór esejów zatytułowany: „Moment niedźwiedzia” jest nieco inna, niż poprzednie. To wybór krótkich szkiców, przemyśleń Autorki o ludzkiej naturze, wzajemnych relacjach jednostek, o plemiennych zachowaniach społeczeństw. Wymyśla dla nas nową grę towarzyską, „Heterotopię”, czyli grę wyobraźni tworzącej alternatywną rzeczywistość. I sama, na kilku kartkach swej książeczki inicjuje zabawę pierwsza, tworząc swój utopijny świat Heterotopian. Wreszcie, wraz z nami, czytelnikami zastanawia się, czym jest rzeczywistość. I w sposób bardzo oryginalny, opowiadając historyjkę, która przydarzyła się jej niedawno w jednym z maleńkich sudeckich miasteczek, daje materiał do przemyśleń.
Znacie zapewne taką zabawę w „gdyby”? Otóż gdybym wybierał się na samotną, bezludna wyspę i mógł wziąć ze sobą książki tylko jednego polskiego współczesnego autora, to… no zgadnijcie. Tak, to były by książki Naszej Pani Olgi! A książki Olgi Tokarczuk można – a przynajmniej tę jej ostatnią – wypożyczyć sobie w naszej Edmonton Public Library. Można też czasami kupić w sklepiku u Pana Franka Z.
Gorąco Was zachęcam do tej lektury!Bez znieczulenia…
Ani żeśmy się obejrzeli, a już dwa lata mijają niebawem od tej radosnej chwili, gdyśmy się tu, na tym blogu pierwszy raz spotkali. Gdy, dzięki przyjaznej zachęcie ówczesnego szefostwa TKP, postanowiłem zaryzykować.
Nigdy przedtem sam blogu nie prowadziłem, a jedynie żerowałem na innych, wymądrzając się czasami w dyskusjach. Ale że jednak nęcilo, więc dałem sie skusić. Od samego początku też byłem przekonany że, by mój wysiłek miał sens, a czytelnicy satysfakcję i korzyść, artykuły na blogu powinny unikać banału, oczywistości, politycznej poprawności. Mogą natomiast budzić kontrowersje, wzburzać, oceniać „bez znieczulenia” zjawiska, poglądy i ludzkie postawy. Byle nie „ad personam” i nie pojedyńczych, konkretnych i identyfikowanych z imienia osób , no chyba… że są to osoby publiczne, np. politycy. Zdecydowany brak wazeliny – bo ta dobra jest w gabinetach kosmetycznych, nie na blogach.
Tym zasadom starałem się pozostawać wiernym, a czy mi się to udało i w jakim stopniu? Ocenić możecie jedynie Wy. Ja zauważyłem, że przysporzyło mi to czytelników, nowych zwolenników, przyjaciół – nie tylko edmontońskich współziomków, lecz i tych ze „starego kraju” i z paru innych miejsc w Europie. Choć zdarzało się też niestety, że niektórzy nie wytrzymali krytyki swych postaw i poglądów i , miast próbować je uzasadniać, dyskutować, odwracali się tyłem. No cóż… smutne to, że wszystkich zadowolić się nie da, a nie każdy chce i potrafi argumentować – ich to prawo.
Udało mi się też chyba utrzymać w ramach zapowiedzianej we „Wstępniaku” tematyki: polityka – kultura – społeczeństwo – historia. Wszystko dosyć aktualne, nawet historia też tylko ta, którą sam pamiętam, a czasem i doświadczyłem na własnej skórze. Bo znów, jakiż byłby sens powtarzać to, co już powiedzianym, lub napisanym zostało?…
Będę więc kontynuował, nieregularnie, ale uparcie. I liczę na Waszą pobłażliwość, zrozumienie, zainteresowanie i współudział. Czytajmy, spierajmy się, nie obrażajmy się, dyskutujmy!

Nasza Pani Olga…
W nagrodę za cierpliwość i na rozpoczęcie tego trzeciego roku chcę Wam opowiedzieć o pewnej pani, mieszkającej od lat na sudeckim odludziu w starym, poniemieckim domostwie na polanie, nad strumykiem spływającym do leśnej dolinki.
Otóż, lat temu chyba z piętnaście ta pani, zachęcona ogromnym powodzeniem napisanych przez siebie paru opowieści, postanowiła w kolejnej z nich opisać swój dom i jego okolicę. A że i dom stary, ciekawy i okolica dzika, malownicza, wydawało się to zabiegiem łatwym i stosunkowo prostym. Tym bardziej, że pani ta obdarzona została przez naturę wielkim, niezwykłym literackim talentem. No i się zaczęło…. Gdy tylko jej stary dom „zorientował” się, co też ta pani sobie z nim poczyna, zaczął domagać się współuczestnictwa w tworzeniu opowiadania.
Pewnej jesiennej nocy siedziała sobie przy starym, ciemnym dębowym stole o pobrużdżonym przez czas i niezliczonych stołowników, nierównym blaciei stukała na komputerowej klawiaturze swą opowieść. I nagle w szum klawiatury komputera wmieszał się nowy dźwięk, posyszała gdzieś od powały dziwnie brzmiące skrzypnięcia. Coś jakby to kornik drążył uparcie – ale i trochę inaczej, niż zwykle. A zaraz potem zrozumiała, choć nie było nic więcej, jedynie ten skrzyp, że to dom mówi, że prosi, by opowiedzieć jego, i jego dawnych mieszkańców historię. I opowiedzieć też dziwaczne, pokręcone historie życia dawnych sąsiadów. Bo kiedyś, na tym uroczym bezludziu było więcej domostw, zostały po nich tylko zarośnięte krzewami i zielskiem zarysy fundamentów, o które potykała się czasami, zbierając jesienią grzyby.
Posłuchała więc tej prośby i tak, zamiast krótkiego krajoznawczego opowiadanka powstała opowieść niezwykła, dziejąca się między kiedyś a teraz, między nocą a dniem, jawą a snem. Na cześć współautora nazwała ją: „Dom dzienny, dom nocny”, wydała w wałbrzyskim wydawnictwie „Ruta”, a potem przełożono ją na wiele języków.
Czytałem ją i ja, i lektura ta wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej, że sporą część swego dzieciństwa spędziłem tam, mieszkając w Sudetach. W takich właśnie starych, poniemieckich domach, w częściowo zruinowanym opactwie Cystersów w górskich dolinkach nad leśnymi potokami. Była to więc opowieść o krainie mych dziecięcych lat, przepiękna, niesamowita opowieść. Zapragnąłem gorąco poznać i ten dom i tę panią i w parę lat później, gdy wraz z Dorotą – która też jest rodem z Sudetów – odwiedzaliśmy Polskę, postanowiliśmy spełnić nasze marzenie.
Był koniec maja, piękna, słoneczna i bujno-zielona sudecka wiosna. Pożyczonym autkiem wjechaliśmy w dolinę kłodzką i dojechaliśmy do miasteczka Nowa Ruda. I co dalej? Ani adresu, nawet i nazwy wioski czy jakiegokolwiek człeka, co to mógłby nam doradzić, pokierować, nie znaliśmy. Po krótkiej naradzie wojennej nad filiżanką kawy w starym, zabytkowym rynku zauważyliśmy obok kawiarni małą księgarnię. W księgarni jedna z pierwszych książek, na które padł nasz wzrok była dopiero co wydaną następną książeczką tej pani. Kupiliśmy ją, a płacąc starszej pani księgarce, tak niby od niechcenia zapytaliśmy, czy może zna tu kogoś, kto by nam pomógł w znalezieniu adresu autorki. Staruszka rozpromieniła się – „o… nasza pani Olga” – powiedziała czułym, miękkim głosem, jak mówi się czasami o kimś bardzo bliskim, kochanym. „Naszą panią Olgę znają tu przecież wszyscy. Ona mieszka na takim odludziu, tam chyba nawet nie ma adresu”. I wytłumaczyła nam dokładnie, jak tam się dostać. Więc pojechaliśmy.
Najpierw szosą, potem bitą, górską krętą drogą, potem jeszcze bardziej krętą i stromą leśną dróżką. No cóż, chyba pomyliliśmy drogę, może niezbyt uważnie słuchalismy pani w księgarni? A może jej się coś pomieszało? Należałoby więc zawrócić i może spróbować raz jeszcze. Ale jak tu zawrócić na tej wąskiej stromiźnie? Brnęliśmy więc dalej, bez nadzieii – aż gąszcz zaczął się przerzedzać, stromizna stawać mniej stroma, a na prawo, w płytkiej dolinie na łące ukazał się naszym oczom dom. I to nie byle jaki dom, bo… dom dzienny, dom nocny!
Na rozległej werandzie przyjaciółka „naszej pani Olgi” przyjęła nas zimną, z soku miejscowych owoców zrobioną lemoniadą i – czekając na panią Olgę, która właśnie wracała ze spotkania autorskiego w Wałbrzychu – zabawiała nas opowieściami o ich tam życiu. Tak nas, gwarzących na jej przyzbie, zastała pani Olga.
Nieco zaskoczona niespodziewaną wizytą nieoczekiwanych gości uspokoiła się, gdy zapewniłem, że nie jesteśmy dziennikarzami żadnej z gazet, nie przyjechaliśmy po autografy czy wspólne, pamiątkowe fotki. Że przyjechaliśmy z końca świata, by poznać Ją, „naszą panią Olgę”, autorkę książki o krainie naszego dzieciństwa. By zobaczyć, dotknąć, jakoś doświadczyć tego jej „domu dziennego, domu nocnego”. Była chyba bardzo wzruszona, my jeszcze bardziej. I tak to właśnie poznaliśmy najświetniejszą polską pisarkę współczesną, laureatkę wielu prestiżowych nagród literackich, tłumaczoną na wiele języków, Olgę Tokarczuk. I jej, bardzo oryginalny, nieco dziwaczny dom.
Czytałem chyba wszystkie jej kolejne książki, każda inna, i każda z nich świetna. Świetne literacko – pani Olga, jak rzadko kto, bawi się mową, pieści polszczyzną – choć nieco przekornie twierdzi, że w ten język została „wrzucona”, że jest jego „niewolnicą”. Wyśmienite wyobraźnią fabuły, często na pograniczu specyficznego dla niej, i tylko dla niej, realizmu magicznego. Bardzo polskie, ale i uniwersalne zarazem. Niezwykle wysokiej intelektualnej próby. Bo pani Olga zagląda głęboko i ciekawie widzi i opisuje świat – często tam, gdzie wydaje nam się być już pusto, ona zauważa istnienie czegoś, jakiś bytów nieoczekiwanych, nieprzewidywanych.
Jedna z jej ostatnich książeczek, zbiór esejów zatytułowany: „Moment niedźwiedzia” jest nieco inna, niż poprzednie. To wybór krótkich szkiców, przemyśleń Autorki o ludzkiej naturze, wzajemnych relacjach jednostek, o plemiennych zachowaniach społeczeństw. Wymyśla dla nas nową grę towarzyską, „Heterotopię”, czyli grę wyobraźni tworzącej alternatywną rzeczywistość. I sama, na kilku kartkach swej książeczki inicjuje zabawę pierwsza, tworząc swój utopijny świat Heterotopian. Wreszcie, wraz z nami, czytelnikami zastanawia się, czym jest rzeczywistość. I w sposób bardzo oryginalny, opowiadając historyjkę, która przydarzyła się jej niedawno w jednym z maleńkich sudeckich miasteczek, daje materiał do przemyśleń.
Znacie zapewne taką zabawę w „gdyby”? Otóż gdybym wybierał się na samotną, bezludna wyspę i mógł wziąć ze sobą książki tylko jednego polskiego współczesnego autora, to… no zgadnijcie. Tak, to były by książki Naszej Pani Olgi! A książki Olgi Tokarczuk można – a przynajmniej tę jej ostatnią – wypożyczyć sobie w naszej Edmonton Public Library. Można też czasami kupić w sklepiku u Pana Franka Z.
Gorąco Was zachęcam do tej lektury!

Comments

  1. Iwo Indelak says

    Cóż dodać? Można tylko pogratulować tak ładnie napisanej “laudacji”, zachęcającej do sięgnięcia po książki tej “Naszej Pani Olgi”! Napewno warto!

  2. Czytalem kilka lat temu jedna ksiazke pani Olgi i chcialem sie pochwalic Panu Redaktorowi ze nie jestem wobec tego kompletnym Filistynem.

    Ale myslalem przy okazji o czyms innym. My, jako ludzie, mamy szereg wad. Jedna z nich jest przyzwyczajenie do normalnosci, ktore jest udokumentowane w wielu pracach z dziedziny psychologii. Polega to na tym, ze wydaje nam sie ze stan obecny jest stanem normalnym i bedzie trwal przez dlugi okres czasu.
    W ten sposob moja Mama, bedac nastlatkiem, nie spodziewala sie ze wyjezdzajac na wakacje do wuja Teodora w lipcu 1939 widzi sie po raz ostatni ze swoim bratem Henrykiem. Henryk zostal zmobilizowany a potem zginal zaraz na poczatku wrzesniowej kampanii.
    W podobny poniekad sposob ja, wyjezdzajac z Polski do Kanady w polowie lat 70-tych nie spodziewalem sie, ze komunizm upadnie tak szybko, tak latwo i tak bezbolesnie. Ze ten ekwiwalent III Rzeszy rozpadnie sie sam, jak stary sprochnialy grzyb.
    Podobnie, ludzie ktorzy szli do pracy na Manhattanie 11 wrzesnia 2001 nie mysleli nawet przez sekunde, ze z tej pracy juz nie wroca i ze ten dzien odmieni bieg historii.
    Ile nas jeszcze czeka wydarzen, ktore beda mialy charakter epokowy? Obawiam sie, patrzac na wydarzenia polityczne ostatniego okresu, ze wiecej, nizbysmy sobie zyczyli. Oby tylko byly to zmiany na lepsze, czego oczywiscie nie mozemy sobie zagwarantowac.

  3. Świetnie napisane. Ale to nie przypadek. Żeby to opisać trzeba połączyć zmysł obserwacji z fascynacją dla ludzkich historii i życia w jego przerożnych objawach….no i trzeba pióra lekkiego. Bardzo fajny tekst Stasiu.

  4. O Oldze Tokarchuk napisano juz bardzo wiele. Kiedys Panorama Polska ( nie wiem czy jeszcze istnieje???) zamiescila krotka historie jej autorstwa o matce, ktora notorycznie spedzala wiele czasu w lesie i wracala stamtad odmieniona… Oczywiscie p. Olga jest znakomita pisarka i jej ksiazki sa wieloznaczeniowym fascynujacym rozwazaniem o wedrowaniu, o tych, ktorzy znalezli sie poza konwencjonalnymi formami bytowania…
    Rowniez mieszkalem kiedys w okolicach bliskich Tokarczuk i wiem, jak inspirujace sa to miejsca.
    Panie Smuga, ale zeby az tak, na bezludna wyspe, ksiazke Tokarczuk?

  5. Miły “Placku”. Łączę się z Tobą w podziwie dla znakomitości Naszej Pani Olgi. Czy czytałeś jej wszystkie książki? One tak szeroki zakres obejmują, bo to i “Prawiek…” i “EE”. I “Ludzie księgi” i “Dom dzienny…”. I wiele, wiele innych. Wszystkie błyskotliwe i głębokie zarazem. Można np. być mysliwym (ja nie jestem) i nie zgadzadzać się z panią Olgą co do zwierzaków. Można trochę inaczej niż Ona podchodzić do spraw płci i feminizmu. Można przecież mieć czasami inne zdanie – i ja też czasami mam. Ale darzę Ją wielką sympatią i podziwem dla jej intelektu i talentu. Gdy czytam jej książki, wchodzę w taki jakiś magiczny świat. I jednak, choć czytam wielu polskich współczesnych i doceniam jakość ich twórczości, to jednak złotą palmę przyznaję Oldze Tokarczuk.

Leave a Reply to Mike Cancel reply

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.