Wojciech Młynarski nie żyje. Krótkie wspomnienie Staszka Smugi Otto

Zmarł ten wybitny tekściarz, pieśniarz, bard i ikona naszego pokolenia.

Był początek lat sześćdziesiątych, mrocznych peerelowskich lat gomułkowskicich.

Spotkaliśmy się z Wojtkiem po raz pierwszy w bocznym korytarzyku gmachu Auditorium Maximum warszawskiego uniwersytetu, pod drzwiami gabinetu jednego z egzaminujących profesorów. Towarzyszyłem tam mojej ówczesnej sympatii, ślicznej Maji. Zdali i on i ona.

Więc potem zaświętowaliśmy wspólnie to egzaminacyjne zwycięstwo w winiarni, w podziemiach „Dziekanki” na Krakowskim Przedmieściu.

Tak, i tam poznaliśmy się.

To był czas  pokolenia post  „Po Prostu”. Odkrywaliśmy naszą własną tożsamość, rzeczywistość, kontestowaliśmy tę zastaną. My – Jolka Brach, Jaga Wróblewska, ja i kilku innych – tworząc eksperymantelny teatr studencki „2 x 1” pod patronatem Wydziału Filozofii i jednego z jego profesorów, Leszka Kołakowskiego.

Janek Pietrzak – zabawiając kontestującą publiczność – w tym ponoć i tak prominentne wtedy osobistości, jak premier Cyrankiewicz i kilku innych członków Politycznego Biura partii –  w studenckim klubie „Hybrydy” na Mokotowskiej.  Już wtedy jednak coś nam „nie pasowało” z tym aroganckim, zarozumiałym – choć niewątpliwie utalentowanym osobnikiem.  Więc gdy Janek usiłował włączyć się w nasz zespół aktorski – spotkał się ze zdecydowanym „nie!” –  Joli.

I – wreszcie – Wojtek Młynarski, „kabaretując” u Dudka na Nowym Świecie i wokół. Śpiewał – gdy tylko Mu pozwolili czasami – w telewizji. Spotykaliśmy się czasami – czasami, bo wszyscy byliśmy wtedy mocno zajęci: kończanie studiów, teatralno-kabaretowe zajęcia – na przytulnej antresolce w „Bristolu”. Budził Wojtek naszą sympatię nie tylko poziomem artystycznym swych „kawałków”, ale przede wszystkim swą przemiłą osobowością, skromnością i poczuciem humoru. Potrafił tak celnie, świetnie portretować w swych tekstach otaczającą nas rzeczywistość. Ten Jego „pensjonat Orzeł”, ta „niedziela na Głównym”. Język peerelowskiego lumpenproletariatu, to „bynajmniej”!… Portrecistą peerelowskiego folkloru był znakomitym!

Osobiście mam jeszcze jeden dług: w 1963, gdy Jego daleki kuzyn Artur Rubinstein odwiedzał po raz ostatni w życiu swą Ojczyznę i postanowił zagrać Chopina rodakom – Wojtek wydębił dla nas – Majki i mnie – dwa zaproszenia na tę zamkniętą, dla niewielu dostępną imprezę w pałacyku Ostrogskich na Tamce. Jak pięknie grał ten staruszek – już osiemdziesięciolatek! Jego „szalejące” po klawiaturze fortepianu dłonie… ożywał romantyczny duch Chopina!

Co było dalej?Co z nami?…

My – poszliśmy potem swymi życiowymi, zawodowymi ścieżkami, każde z nas inną. Porobiliśmy akademickie tytuły, profesjonalne kariery, popisali książki, porodzili dzieci, niektórzy z nas wyemigrowali…

Jasiek Pietrzak – został narodowym piewcą patriotyzmu … jego:  ”żeby Polska była Polską!”. Skumał i zaprzedał się wreszcie kaczej chałastrze i przeszedł na żołd kato-nacjonalistów. Nie dziwi… już wtedy miał zadatki.

Wojtek – umysł wolny i niezależny – człek obdarzony inteligencją, talentem i charakterem – stał się piewcą naszych czasów, bardem pokolenia, naszym niekwestionowanym guru.

Czuję się szczęśliwcem, że miałem w życiu szansę spotkania z Nim. I z wieloma, którzy stali się, byli i wciąż są Jego intelektualną, kulturową kontynuacją…

Staszek Smuga Otto

Speak Your Mind

*