Stan Smuga Otto- CHMARY

 

CHMARY

Siodma rano, a my juz od poltorej godziny w powietrzu, prawie w niebie, bo na niebotycznej wysokosci 11tu kilometrow – gdzies tam miedzy Saigonem, a Pekinem.

Po pysznym sniadaniu skladajacym sie z krewetek i wina – zaserwowanym nam na pokladzie boeinga 737 linii Air China  – zaglebilem sie we wspomnieniach tych ostatnich, jakze urozmaiconych i kolorowych, siedmiu tygodni.

Ostatni dzien pobytu w Vietnamie spedzilismy “pracowicie” starajac sie zalatac dziury w naszej dotychczasowej znajomosci tego starego, kolonialnego miasta Saigon. 

A wiec, zaraz wczesnym rankiem po spozyciu miski vietnamskiej zupy z ryzowymi nudlami, podreptalismy przez tzw. francuska dzielnice do War Remnant Museum. 

Wielu spotykanych po drodze w ostatnich tygodniach turystow bardzo nam polecalo zwiedzenie tego obiektu. I nie na darmo…

Mialem jednak pewne opory, bo ani militariami nigdy zbytnio sie nie podniecalem, ani nie laknalem dawki propagandy – a podejrzewalem, ze tego uniknac sie nie da. Przelamalem jednak swa niechec i…

Trzy pietrowy, ladnie, nowoczesnie zaprojektowany budynek muzeum, zlokalizowany w dzielnicy parkowej, otoczony wspanialym, tropikalnym ogrodem. W ogrodzie, wsrod palm i kwitnacych bujnie krzewow rozlokowane “strategicznie” helikoptery jedno i dwuwirnikowe, rozne rodzaje czolgow i dzial samobieznych, armaty, barki desantowe, kilka typow samolotow bombowych i szturmowych… Wszystko to “made in USA”, w ciemnozielonym militarnym kolorze i wyraznie bialymi literami i symbolami oznakowane, by nikt ze zwiedzajacych muzeum nie mial najmniejszej watpliwosci, kto tu byl tym najezdzca.

Ale to tylko preludium… bo zwiedzanie zaczyna sie od trzeciego pietra, ktorego wszystkie sciany “umajone” sa setkami fotogramow z opisami poszczegolnych etapow doprowadzajacych do wojny i potem samej juz wojny.

Dla przypomnienia moim czytelnikom: w 1954 roku, w maju, kolonialne wojska francuskie – czyli glownie Legia Cudzoziemska – zostaly otoczone przez armie Ho Chi Minha pod Dien Bien Phu i tam doszczetnie rozbite. Wojna zakonczyla sie konferencja pokojowa w Genewie i podzialem Vietnamu na komunistyczna Polnoc z Ho Chi Minhem, jako jej prezydentem, i demokratyczne Poludnie, gdzie prezydentem zostal Ngo Din Diem. Ustalono tez, ze w ciagu nastepnych trzech lat na terenie obu czesci podzielonego Vietnamu odbedzie sie plebiscyt, w ktorym obywatele zdecyduja o przyszlym ksztalcie i ustroju zjednoczonego Vietnamu.

“Jak w dobrej bajce wszystko szlo…” az do momentu, gdy ukrywajace sie od paru lat w dzunglach Poludnia oddzialy komunistycznego Viet Minhu – przemianowane w miedzyczasie na Viet Cong i uzbrojone po zeby w sowiecka bron i sprzet – zaatakowaly Saigon, zabily prezydenta Diema i dokonaly puczu.

W tym samym mniej wiecej czasie doszlo do tzw. prowokacji tonkinskiej: zostal tam ostrzelany i zbombardowany jeden z zakotwiczonych na redzie okretow amerykanskiej marynarki. Legalne wladze Poludnia zwrocily sie do Amerykanow o pomoc i ochronę przed agresja, a ci odpowiedzieli, przysylajac wojskowy personel rozpoznawczy. Zastali kraj nasaczony “zielonymi ludkami” i sowiecka bronia. 

W niedlugi czas potem dwie pierwsze dywizje amerykanskich marines wyladowaly w Da Nang. I tak to sie zaczelo…

Otoz na scianach trzeciego pietra muzeum wszystkie te historyczne fakty wspomniano,  z tym jednak, ze nie wyjasniono: kto zabil prezydenta Diema, skad wziely sie oddzialy uzbrojonego Viet Congu pod Saigonem, a incydent w zatoce Tonkinskiej wyjasniono, ze amerykanski okret przebywal tam w celach…. szpiegowskich, wiec mu sie nalezalo!!!

I ani slowa o sowietach, o tym, skad ci dzielni vietnamscy komunisci mieli bron, kto zadbal o logistykę. Ani jednego eksponatu kalacha, czy katiuszy, o MIGu nawet nie wspominajac.

Profesjonalnie sporządzone plansze uczą zwiedzającą ekspozycję młodzież – i starszych też – jak wielką zbrodnię popełnili najezdzcy. Do tego celu używają statystycznych porównań typu: “druga wojna światowa trwała 3 lata i pochłonęla blisko pól miliona ofiar. A wojna amerykańska w Vietnamie, trwająca 15 lat przyniosła taką samą liczbę ofiar”!!!

Drugie pietro, to znow setki swietnych fotogramow pokazujacych amerykanskich zolnierzy w zderzeniach z biedna, chuda, polnaga lub naga ludnoscia Vietnamu. Ociekajacą krwia, poparzoną napalmem. Dzieci, starcy plci obojga – oczywiście całkowicie bezbronni. Ani jednej, jedynej fotki komunistycznego sołdata! 

No i znow kolekcja broni: bazooki, karabiny maszynowe, wyrzutnie rakiet, granatniki – wszystko, bez wyjatku, amerykanskie.

A parter tego kuriozalnego muzeum, to kolekcja artystycznie wykonanych plakatow z roznych krajow swiata, wzywajacych amerykanskich agresorow do wynoszenia sie z Vietnamu, na czele z ogromnym, ruskim: “rece precz…”.

W rogu pieknego ogrodu otaczajacego muzeum, wsrod palm, kwitnących zarośli buganvilli i amerykanskich, straszliwie wygladajacych helikopterow i czołgów, zbudowano makiete wiezienia z tzw “tiger cages”, czyli tygrysimi klatkami, w ktorych przetrzymywano i torturowano wiezniow. 

Przewalajace sie przez sale i podworce tlumy zwiedzajacych, ze lzami w oczach i nienawiscia w sercach do zbrodniczych yankesow nie doczytuja “small prints” wyjasniajacych, ze te obiekty budowane i uzywane byly przez francuskich kolonizatorow i ich lokalne marionetki w polowie XIX wieku.

 Ale juz nawet te “small prints” nie dodaja, ze to właśnie ci dzielni “partyzanci” Viet Congu uzywali ich potem nagminnie do przetrzymywania i torturowania amerykanskich jencow wojennych…

Spedzilem w tym “muzeum” pelne trzy godziny i wyszedlem roztrzesiony i wsciekly. 

Tak nachalnej, ordynarnie prymitywnej, “siekierą rąbanej” propagandy nie spotkalem juz od dawien dawna, od czasow stalinowskich.

Propagandy nie tylko zaklamujacej historie, ale tez siejacej nienawisc..

Nastepne dwie godziny spedzilismy z Dorota, spacerujac alejami czarodziejskiego parku, wsrod palm kokosowych, eukaliptusow i nowoczesnych rzezb, dzielac sie i podsumowujac wrazenia ostatnich trzech godzin, “wentylujac” rozpacz i wscieklosc.

Potem krotka wizyta na targu, zakup kilku drobiazgow – bo do tej pory, podrozujac z niewielkimi plecakami, niczego do nich nie doladowywalismy.

Miska vietnamskiej zupy na podwieczorek, kilka puszek piwa za ostatnie zaoszczedzone dongi i…. zaszylismy sie znow na dachowym tarasie dziewiatego pietra naszego hotelu, by podziwiac zachod slonca i raczyc sie zimnym, wiec wybornym, piwem.

Przy takich wlasnie, jak ta, okazjach przypomina mi sie taki bon mot, wymyslony przeze mnie juz lata temu:

“Pan Bog stworzyl tropiki po to, by piwo smakowalo, jak najwspanialszy boski nektar!”.

O szostej zapadla ciemnosc, a z mojego punktu obserwacyjnego na dachu mialem swietny widok na miliony poruszajacych sie we wszystkich kierunkach “swietojanskich robaczkow”, czyli skuterow, motorowerow, motocykli – a miedzy nimi, czasami, wiekszy “owad” z blyszczacymi slepiami – samochod. Tuz pode mna centrum Saigonu, jedno z glownych skrzyzowan, ogromne rondo. “Robaczki” przemieszczaja sie chmarami i – nie indywidualnie, a cala chmara co najmniej kilkudziesieciu pojazdow, wymusza prawo pierwszenstwa na innej, nieco mniejszej chmarze, dopiero sie tworzacej, ktora niebawem, za chwile, za kilkanascie sekund osiagnie liczbe, dajaca jej berlo dominacji. Jest to proces ciagly, przebiegajacy we wszelkich mozliwych kierunkach i to wszystko dzieje sie… calkowicie bezkolizyjnie, co graniczy z cudem! Tym bardziej, ze pomiedzy tymi pulsujacymi chmarami przemykaja sie, kluczac – pojedyncze skuterki-robaczki, a czasami nawet jakis zagubiony pieszy, lub dwoch.

Siedzialem wiec tak, gapilem sie – starajac sie przeniknac i zrozumiec logike tego fenomenu. 

Az do ostatniej puszki piwa…

A potem cztery godziny snu, i przez nocny Saigon – na lotnisko!

Przerywam… na razie. Samolotem trzesie i rzuca, pewnie zblizamy sie juz do Pekinu.

Pozdrawiam,

staszek

 

Speak Your Mind

*