Dlaczego?

Autor: Staszek Smuga-Otto

Minie już niebawem równe 70 lat od chwili, gdy 1go sierpnia 1944 roku warszawskie oddziały Armii Krajowej ruszyły do Powstania które, w zamyśle walczących, wyzwolić miało Stolicę Polski spod okrutnej, 5 lat trwającej okupacji niemieckiej.

Początkowy entuzjazm walczących bardzo szybko zderzył się jednak z realiami. Z bałaganem organizacyjnym już od momentu rozlokowywania oddziałów powstańczych; z brakiem broni i amunicji; ale również i wyszkolenia większości walczących. Ogromne straty osobowe powstańczych oddziałów już w pierwszych dniach sierpnia, niezrealizowanie wielu zadań stawianych przez dowódców liniowych, masakry idących do ataku… ta sytuacja pogłębiała się z każdym kolejnym dniem. Warszawa płonęła, a wraz z nią i walczący bohatersko Powstańcy i ludność cywilna. Ta makabra trwała 63 dni.

Po upadku Powstania, z początkiem października 44, niedobitki wojsk powstańczych wymaszerowały do niewoli niemieckiej. A niedobitki cywilnej ludności pognano do obozu w Pruszkowie, a stamtąd „w świat”; czyli tych zdatnych do fizycznej pracy – na roboty do Niemiec, a tych mniej zdatnych – starych, chorych, z małymi dzieciakami – transportami do Auschwitz. Sam, oczyma małego dzieciaka obserwowałem i wciąż pamiętam tę makabrę: wyciąganie nas przez niemieckich żołnierzy z ruin Mokotowa, pędzenie nas poprzez zasłane gruzem i trupami ulice Mokotowa do służewieckich stajni. Tam rabunek resztek zachowanego przez wypędzanych majątku (złote obrączki, medaliki, krzyżyki…) przez żołnierzy Wehrmahtu i rozstrzeliwanie na miejscu, gdy ktoś nie oddał. A stamtąd do obozu w Pruszkowie – kilka tygodni na zimnym i mokrym betonie, czekając na swą kolejkę. Potem ładowanie do wagonów na pruszkowskiej kolejowej rampie – skąd niektórym szczęśliwcom, nam też, udało się uciec od oświęcimskiego wyroku śmierci.

Przez wiele następnych peerelowskich lat, gdy oficjalna komunistyczna propaganda ohydnie pluła na AK, na Powstanie i na Powstańców, gdy nie pozostawiała suchej nitki na londyńskich i krajowych decydentach, nasza – i pewnie większości Polaków – pamięć tamtych 63ch dni była świętą. Nikt nie poważył by się wtedy zadawać niezręcznych pytań o szczegóły podejmowanych w kręgach politycznych czy sztabowych decyzji – bo to szło by ręka w rękę z oficjalną, znienawidzoną propagandą. Wiedzieliśmy przecież, że Powstanie było wielką narodową tragedią, może nawet największą w całej naszej tysiącletniej historii. Znaliśmy też winnego: to Stalin i jego bolszewickie kacapy, co to doszli do warszawskiej Pragi i z satysfakcją obserwowali przez Wisłę agonię ginącego miasta i jego ludności. Czy jednak po Stalinie i bolszewikach można się było spodziewać czegoś innego?

Polskim „londyńskim” ówczesnym politykom znane jednak były fakty masowych mordów w Katyniu, Starobielsku, Ostaszkowie – dokonane przez NKWD na rozkaz tegoż właśnie Stalina. Zarówno generał Anders – wówczas dowodzący II Korpusem, jak i pułkownik Okulicki – świetnie znali i Stalina i jego enkawudzistów. Obaj nie tak znów dawno spędzili sporo czasu w ZSRR, z czego większość na Łubiance i w Lefortowie.

Z biegiem lat zaczęły się więc w naszych głowach rodzić pytania, niektóre z nich stawiano nawet otwarcie w ostatnim 25cio leciu, gdy imperium upadło i komuna odeszła wreszcie do lamusa.

Znamy już od pewnego czasu postanowienia konferencji w Teheranie i w Jałcie, gdzie los powojennego państwa polskiego został przesądzony. Domyślali (?) się ich wtedy również i polscy politycy w Londynie. By jednak jakoś odwrócić bieg historii, zaplanowali akcję „Burza”. W ich pierwotnym zamyśle AK-owskie oddziały na terenach, gdzie wkraczała Armia Czerwona miały wyprzedzająco rozpoczynać oswobodzanie ważnych ośrodków miejskich, współpracować w tym z wkraczającymi oddziałami bolszewików, ujawniać się sowieckiemu dowództwu i – pełniąc rolę gospodarzy – witać je na oswobodzonych terenach jako gości. Pierwsze doświadczenia nie były jednak najlepsze: Sowieci wkraczali, przejmowali oswobodzone obiekty, aresztowali oficerów AK, a żołnierzy wcielali przymusowo do wojsk Berlinga, bądź – tych mniej pokornych – rozstrzeliwali lub słali na Syberię. Jednak, pomimo tych „doświadczeń” akcję „Burza” kontynuowano. Dlaczego?…

Akcja „Burza” w swym pierwotnym zamyśle ominąć miała Stolicę. Słano więc z Warszawy na prowincję, w „lasy”, broń i amunicję, bo warszawskim strukturom nie miały się one na wiele przydać. Były nawet zamysły, by uzgodnić z Wehrmahtem (za pośrednictwem Watykanu i dyplomacji szwajcarskiej) status „miasta otwartego” dla Warszawy, czyli wyłączenia jej ze strefy bezpośrednich walk. Zdawano sobie wszak dobrze sprawę, że prowadzenie walk w tak gęsto zaludnionym obszarze – nawet jeśli walki będą zwycięskie – spowoduje ogromne straty i zniszczenia. Zamiary te jednak, dosłownie w ostatniej chwili, uległy zmianie. Dopiero 21go lipca dowódca Armii Krajowej zmienił radykalnie zdanie i zaproponował rządowi londyńskiemu oswobodzenie Warszawy poprzez zbrojną akcję AK przeciw Niemcom. Decyzję tę zatwierdził już następnego dnia Delegat Rządu na Kraj. Skąd więc ta nagła zmiana? Dlaczego?…

Wiemy obecnie, że generał „Bór” miał poważne wątpliwości, że się wahał. I że poddany był w ostatnich dniach lipca silnemu psychicznemu naciskowi trzech wysokich oficerów sztabowych: generała Okulickiego, generała Pełczyńskiego i pułkownika Rzepeckiego – prących do rozpoczęcia zbrojnej akcji w Warszawie. Interesującym przyczynkiem do sprawy jest fakt, iż płk. Okulickiego (generałem został mianowany dopiero co) wysłał do Kraju Wódz Naczelny, generał Sosnkowski z misją…. by akcji zbrojnej w Warszawie zapobiegł! Bo zarówno Sosnkowski jak i Anders byli zdania, że byłaby ona niczym nie uzasadnionym szaleństwam. Generał Sosnkowski jeszcze 29go lipca wypowiedział się na ten temat: W obecnych warunkach jestem bezwzględnie przeciwny powstaniu powszechnemu, którego sens historyczny musiałby z konieczności wyrazić się w zamianie jednej okupacji na drugą”.Generał Anders wyraził się nawet dobitniej: „…Wywołanie powstania w stolicy to nie tylko głupota, ale wyraźna zbrodnia”. Dlaczego więc, pomimo tragicznych doświadczeń z bolszewikami, pomimo stanowiska Wodza Naczelnego, zmieniono decyzję, wydając Warszawę, jej ludność, jej doborowe kadry inteligencji na pewną śmierć. A jej struktury konspiracyjne na pewne zniszczenie? Przecież chyba jasnym było dla prących do zbrojnej konfrontacji w Warszawie, że jedynym jej beneficjentem będzie Stalin. Dlaczego więc?…

Takie pytania można mnożyć i trzeba szukać na nie odpowiedzi. Pewnie w przyszłości, gdy tajne archiwa sowieckiego NKWD ujrzą światło dzienne, część z nich znajdzie wyjaśnienie.

Szukanie odpowiedzi należy się pamięci tych pomordowanych na powstańczych barykadach, tych przysypanych gruzami burzonych kamienic, tych – co święcie wierzyli i ufali swym dowódcom i bohatersko z visami i filipinkami szli do ataku na niemieckie gniazda karabinów maszynowych i na „tygrysy”.

Comments

  1. Moi rodzice przeżyli szczęśliwie Powstanie. Zginął “tylko” brat mojej mamy. Mam bardzo ambiwalentny stosunek do Powstania; najwyższy podziw dla powstańców i ofiarnie wspierających ich Warszawiaków oraz słowa potępienia dla decydentów o wybuchu Powstania.
    Jeśli jest tak, jak sgeruje Autor, że ktoś z tych decydentów działał w porozumieniu ze Stalinem, to należy go uznać za zbrodniarza i ogłosić jego nazwisko. Ujawnienie całej zakuklisowej prawdy o wybuchu Powstania w niczym nie uwłaczy godności i nie pomniejszy bohaterstwa powstańców.

  2. To wszystko prawda. Nie sugerowałbym jednak agenturalnej działalności jednego z decydentów – w końcu nie on jeden podejmował decyzję. Tragiczny splot okoliczności – emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Dla Andersa czy Sosnkowskiego łatwiej było zachować zimną krew i zdrowy rozsądek, będąc daleko od Warszawy i widząc z tej perspektywy znacznie szerzej uwarunkowania geopolityczne i militarne. Decydenci w Warszawie dali się ponieść emocjom – co napewno źle o nich świadczy, jako o przywódcach. A Stalin tylko cynicznie wykorzystał zaistniałą sytuację, pozwalając Niemcom zniszczyć stolicę i złamać kręgosłup polskiego państwa podziemnego. To w oczywisty sposób ułatwiło mu zainstalowanie “lubelskiego rządu” na wypalonej ziemi. Ponadto nie wymagało to wielkich zmian w jego planach strategicznych – bo jego armie, po przebyciu kilku setek kilometrów w natarciu, i tak potrzebowały zatrzymać się na linii Wisły. Tylko nasi przywódcy powinni o tym wiedzieć! W końcu mieli trochę pojęcia o strategii stosowanej w ówczesnych warunkach.

  3. Dziękuje a ten wspaniały tekst, który przypomniał mi dziesiątki rozmów z ojcem, rozmów o których nie wypadało mówić głośno, żeby przypadkiem nie wygladało na to, że zgadzam się z komunistami. Kolejna historia rodzinna: “Tu zęby mamy wilcze i czapki na bakier, tu się Prusakom siedzi na karku okrakiem…” – to Zbigniew Jasiński. brat mojej martki, który walczył i przeżył, a potem trafił do Pruszkowa i do Niemiec. Ojciec major AK, odkomenderowany do akcji “Burza”, patrzący na płoncą Warszawę ze Skolimowa, matka kurier AK (bywało, że z dziecinnym wózkiem (czyli ze mną). Opinia ojca – decyzja o powstaniu była karygodną zbrodnią podyktowaną logiką “ludzi onanizujących się romantyczną literaturą”. Twierdził, że “ci idioci” czekali na powtórkę 1914 roku i oddawanie broni przez żołnierzy niemieckich. Nie przewidziano ani determinacji Niemców, ani rozmiarów łajdactwa Rosjan. Zbrodnicza, romantyczna głupota skończyła się wykrwawieniem i zniszczeniem miasta.

  4. Opublikowałem mój komentarz bez sprawdzenia i nie tylko wkradła się głupia literówka, ale i poważny błąd, czyli automatycznie wpisałem początek pierwszej wojny światowej, a nie jej koniec – 1918. Jak już popawiam to i dodam. Dorastałem w Poznaniu, w osobliwym miejscu, gdzie z domu do przystanków tramwajowych chodziliśmy ulicami Ostroroga, albo Skarbka, albo Lubeckiego albo Włodkowica. Ojciec wcześnie zadbał, żebym dobrze wiedział kim byli patroni tych ulic i jak się mają ich zyciorysy i działania do głupoty romantyzmu w dziejach naszego kraju. Powstanie listopadowe uważał za równie zbrodnicze jak powstanie warszawskie i podobnie jak powstanie warszawskie motywowane głupotą, troszkę usprawiedliwiał organizatorów powstania listopadowego, bo tam prowodyrami byli oficerowie musztry, a tu ludzie, którzy powinni mieć elementarne pojęcie o strategii wojennej.

  5. Podsudecki says

    Z jednej strony mamy fakty, z drugiej ich interpretację. Więcej faktów pozwala na bardziej trafne opinie i oceny, czyli bardziej przekonywującą interpretację. Jednak, tak jak fakty są mało podatne na subiektywizm, tak ich selektywne zestawienie, czy interpretacja, zawsze będą subiektywne. W XIX w. tzw. polska sprawa sprowadzała się do zasadniczego pytania: bić się, czy się nie bić ? Wspomniane przez Andrzeja Koraszewskiego powstanie listopadowe jest tego dobrą ilustracją. Zdesperowani podchorążowie w Noc Listopadową zabili kilku polskich generałów, którzy odmówili, by im przewodzić. Wyspiański w dramacie nomen omen surowo osądzał, zgodnie ze zbiorową pamięcią popowstaniową, starszych w narodzie, którzy kunktatorsko traktowali walkę, stronili od czynu. Z kolei tragedia powstania styczniowego przyniosła odwrócenie się od polityki na rzecz rozwoju kultury i gospodarki, jednak ten program, tzw. pozytywizmu, poniósł klęskę i pokolenie ostatniej dekady XIX w. wróciło do gloryfikacji czynu. Najbardziej wyrazisty w tym był program polityczny Piłsudskiego i pokolenie międzywojenne wychowywano w glorii walki o niepodległość, co pasowało do epoki, sławiącej siłę woli, człowieka czynu (woluntaryzm) itd. Czyn ten uratował być może Polaków przed zagładą komunistyczną na wschodzie, o czym świadczy ludobójstwo Polaków pozostawionych za granicą traktatu ryskiego i nazizmem na zachodzie. W dramatycznych wyborach II wojny światowej, jak w soczewce, skupiły się doświadczenia historyczne narodu. Bić się, czy się nie bić w 1939 r. ? Każde rozstrzygnięcie pociąga kolejne. Czy tworzyć ruch oporu, czy poddać się moralnie i ulec woli Niemców ? A Niemcy robili brzydkie rzeczy. Tak dochodzimy do powstania państwa podziemnego. Trzy zadania: scalenie podziemia, walka bieżąca i powstanie powszechne. Grot-Rowecki miał umysł analityczny. Tuż przed agresją III Rzeszy na ZSRR w 1941 r. wydał Raport Operacyjny pt.: Plan powstania powszechnego – meldunek operacyjny nr 54. Co ciekawe i charakterystyczne, dokument ten nie znalazł się w słynnej wielotomowej publikacji “AK w dokumentach”. Rowecki, którego zabrakło w 1944 r. (rok wcześniej aresztowany przez Gestapo) przewidywał również i ten wariant, który stanie się rzeczywistością. Byłoby szaleństwem przeciwstawiać się zbrojnie wkraczającej Armii Czerwonej, która okazała się tak silna, że pobiła armię niemiecką. Powstanie przeciw Niemcom ? Tylko w sytuacji rozstroju wewnętrznego w III Rzeszy (wrzenia rewolucyjnego) i upadku dyscypliny w armii niemieckiej. “Wszelkie próby podjęcia akcji przeciw pełnowartościowemu wojsku /…/ byłyby niezwłocznie utopione we krwi”. Całą okupację przygotowywano powstanie powszechne, które miało być zwieńczeniem wysiłku konspiracji. Komorowski w II poł. 1943 r. wiedział, że nie ma warunków dla powstania. Całe przygotowania mogły pójść na marne. Najważniejszy czynnik: ZSRR nie miał stosunków dyplomatycznych z Polską i był członkiem Wielkiej Koalicji. A więc to Armia Czerwona miała przepędzić Niemców z Polski. Jaka była propaganda Stalina po 1943 r. wobec polskiego ruchu oporu ? Stoją z “bronią u nogi”, bo nie chcą bić Niemców i skrycie sympatyzują z faszystami i ich haniebnym dziełem. Zarzut przejścia na stronę III Rzeszy Stalin postawił już w kwietniu 1943 przy okazji zwrócenia się przez Sikorskiego do Genewy w sprawie grobów katyńskich (niefortunnie podobna prośba zbadania grobów z tą samą datą wpłynęła do Genewy z Berlina). Zaczęła się podstępna likwidacja niepodległościowej partyzantki na wschodzie przez zgrupowania partyzantki sowieckiej. No i pojawiły się akcje obarczające I Korpus Polski w Anglii o antysemityzm wobec żołnierzy pochodzenia żydowskiego itd. Ta zakrojona z premedytacją propaganda była groźniejsza niż śmierć, bo prowadziła prędzej czy później do wyniszczenia polskich środowisk patriotycznych, ale wyniszczenia z piętnem hańby. To dlatego Anders podjął “nieracjonalną” zgodę na szturmowanie wzgórz Monte Cassino, by pokazać światu, jaka jest prawda z Polakami, to dlatego zdecydowano o “Burzy”, choć rozkaz Komorowskiego z 20 listopada 1943 r. już nie zapowiadał powstania powszechnego, a wzmożoną akcję sabotażowo-dywersyjną na tyłach frontu niemieckiego. W sumie życie i ten zamiar zmodyfikowało i “Burza” stała się ciągiem lokalnych powstań wzniecanych pasami na tyłach frontu niemieckiego. Pierwotnie nie brano pod uwagę walki w miastach, ale prestiż wygranej w lesie był dla świata żaden. Testowano zarazem, jak będą traktować Polaków Rosjanie, za Bugiem, przed Bugiem itd. Warszawa została wyłączona z “Burzy” w marcu 1944 r. Rezultaty “Burzy” na wschodzie okazały się propagandowo niewystarczające. Armia Czerwona zajęła Lublin, powstał PKWN. Rozwijała się w kraju, a przede wszystkim w Warszawie, hałaśliwa propaganda komunistyczna, która poprzez pisma ulotne oskarżała rząd i AK o bierność i zachęcała do przejścia na stronę AL obietnicą walki. W Warszawie był oddział AL. Od połowy lipca 1944 dołączyła komunistyczna radiostacja Kościuszko nawołująca ludność Warszawy do walki: “…godzina czynu wybiła.” 20 lipca miał w Kętrzynie miejsce zamach na Hitlera, nawet jeżeli przeżył, to wydawało się, że jest to dowód na rozkład w armii niemieckiej. Od 21 lipca zaczął się ruch obdartych, wymęczonych, cofających się frontowych żołnierzy niemieckich przez Warszawę. Należy odróżnić decyzję o walce w Warszawie, od decyzji, kiedy walkę rozpocząć. 21 lipca Komorowski przy udziale Pełczyńskiego i Okulickiego, w obecności sekretarki Karasiówny podjął pierwszą z tych decyzji. Podzielam zdanie Iwo, że nie trzeba w tych okolicznościach doszukiwać się agenturalnej więzi. Stalinowi było na rękę posądzanie AK o bierność, a ostateczne niepodjęcie walki w Warszawie, w obliczu deklarowanej ze strony ZSRR gotowości do pomocy, jaką propaganda głosiła, byłoby tego koronnym dowodem na kryptofaszyzm polskich elit patriotycznych. Jakby na to zareagowała młodzież wychowana w kulcie czynu, walki, gdyby w takich, pozornie jednoznacznych warunkach, starsi w narodzie nie zdecydowali się na walkę w Warszawie ? Sosnkowski, niestety, nie wydał jednoznacznych dyrektyw w ostatniej swojej depeszy z 7 lipca, pozostawiając wszystko na barkach władz krajowych. Wysłany przez niego Okulicki, nakłaniał do włączenia Warszawy do “Burzy” motywując to tym, że skróci to walki w mieście (w tych warunkach jego argument uznano za słuszny). Gdy w dniach 23-24 lipca dworce zatłoczyły się uciekającymi rodzinami administracji i służb niemieckich, Komorowski po porozumieniu Delegatem Jankowskim, podziemnym parlamentem, uzyskawszy ich wszystkich jednoznaczną zgodę, powiadomił 25 lipca Londyn o decyzji włączenia Warszawy do walki. Londyn zareagował próbą nawiązania stosunków ze Stalinem. Mikołajczyk wysłany do Moskwy chciał tej walki, aby mieć argument do nawiązania stosunków i podjęcia wspólnej walki. 26 lipca nagle Niemcy zaczęli wracać, ogłoszono przez megafony, że 100 tys. mężczyzn ma się stawić do budowy fortyfikacji, bo Warszawa ogłoszona została twierdzą i będzie się bronić do ostatniej kropli krwi. Czy w takich okolicznościach należało odwołać decyzję o walce w Warszawie ? Prof. Gontarczyk twierdzi, że wzdłuż frontu miała miejsce nieraz praktyka zaganiania ludności cywilnej do budowy fortyfikacji i nie kończyło się to masową egzekucją, ale moim zdaniem Warszawy nie można porównywać do miast prowincjonalnych, czy wsi. Niemcy wiedzieli, że tu jest węzeł polskiego państwa podziemnego, polskiej konspiracji, że tu bije serce polskich dążeń niepodległościowych. Prof. Kieżun, były powstaniec, daje przykład Mińska, który także ogłoszono twierdzą, w wyniku czego zginęło 40 % mieszkańców i zburzono 90 % domów. Resztę ludności wypędzono. Są to straty adekwatne. Jeżeli w archiwach rosyjskich miałaby być jakaś tajemnica, to prędzej jakaś forma wymiany informacji między Niemcami i ZSRR, sprowadzająca się do zgody na pacyfikację Warszawy, niż zdrada kogoś z grona polskich decydentów. Tak więc można dojść do wniosku, że Polacy znaleźli się w potrzasku rosyjskiej propagandy i nie było tu dobrej decyzji. Tzn. była, ale mentalnie samobójcza. Można było przejść na stronę AL i ogłosić, że stajemy się komunistami i powstaniem kieruje AL. To był chyba jedyny warunek, żeby Armia Czerwona nie zatrzymałaby się na Wiśle na pół roku. Wskazuje na to powstanie słowackie, gdzie Stalin rzucił w Przełęczy Dukielskiej dziesiątki tysięcy na śmierć, choć skoro upadło i powstanie słowackie, to krwawa pomoc przez przełęcz może była tylko usprawiedliwieniem. Stalin nie da się łatwo wykiwać i na wszelki wypadek woli aby sukcesu nie odniósł jakaś nie do końca kontrolowana siła.

  6. Podsudecki says

    Także przepraszam za literówki.

  7. Krzysztof Kowalski says

    Szukanie odpowiedzi…
    Niestety tylko nieliczni świadkowie podejmowania decyzji o Powstaniu przeżyli lub ośmielili się głośno mówić. Okulicki, który patriotycznym patosem a i podstępem doprowadził do wybuchu Powstania wciąż pozostaje wielką zagadką, choć fakty przemawiają dość wyraźnie. (no chyba że ktoś ma jakieś nowe źródła) . Jakakolwiek krytyka Powstania była aż do niedawna uważana za podłość, podobnie jak niepoprawnym politycznie i wręcz haniebnym było dogadywanie się z Niemcami tuż przed i w czasie wojny przeciwko wspólnemu wrogowi. Prawda historyczna, w wielu aspektach zgodna z tą oficjalną, komunistyczną, została na długie lata zakazana i uznanana za temat tabu. Jak tego doświadczyliśmy wielokrotnie w naszej historii tak i tu napuszony patriotyzm nie idzie w parze z racjonalnym rozumowaniem, a co gorsza, nawet z podstawowym instynktem przetrwania.
    Piszesz, Staszku, że prawda należy się wszystkim pomordowanym. Tak, choć oni ginęli z wiarą, że ich ofiara się opłaci i pewnie woleliby dalej spać spokojnie…
    Prawda potrzebna jest nam bardzo właśnie TERAZ. Nie chcę tu popadać w paranoję, ale Polska wciąż jest w tym samym miejscu na mapie, a wydarzenia ostatnich miesięcy każą mieć się na baczności i edukować o starych błędach, aby ich uniknąć w przyszłości.

    • Podsudecki says

      Panie Krzysztofie, łatwo jest stać po stronie prawdy, gdy nie próbuje się jej sformułować. Cały problem polega na tym, aby nadać myślom odpowiednie słowa. Po stronie prawdy niewypowiedzianej jestem i ja, proszę bardzo.
      Poza tym nie bardzo rozumiem. Napisał Pan: “Jakakolwiek krytyka Powstania była aż do niedawna uważana za podłość, podobnie jak niepoprawnym politycznie i wręcz haniebnym było dogadywanie się z Niemcami…” Moje doświadczenie jest inne. Dominuje krytyka powstania. Z jednej strony to zrozumiałe, bo powstanie było klęską i trudno inaczej. Krytyka powstania jest więc bardzo łatwa i naturalna. Polska historiografia z prof. Janem Ciechanowskim na czele, pozostawia nam głównie taką refleksję. Trzy postawy publiczne reprezentatywne obecnie w Polsce (podaję jedynie tytułem przykładu): prof. Kieżun – gloryfikuje powstanie jako nieuchronną konieczność, Edmund Baranowski (wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich) jest zawiedziony organizacją powstania i polityką decydentów, Jan Kurdwanowski, autor “Mrówki na szachownicy”, były powstaniec, który jednoznacznie krytykuje powstanie, a nawet powstańców (przywołuję tą postać dlatego, że urzędujący minister Radek Sikorski swoją ocenę negatywną dla powstania wygłoszoną publicznie w zeszłym roku, podparł wspomnieniami tego autora). Nie muszę chyba pisać o tym, co publicystyka komunistyczna w Polsce, czy państwowa przed 1989 r., wypisywała o powstaniu. To że przez tyle lat nie mogło powstać muzeum powstania warszawskiego, okoliczności w jakich powstało i kiedy, jest tego wyrazem. Co do dogadywania się z Niemcami. Rosyjska historiografia, a raczej rosyjska polityka historyczna próbuje narzucić kłamliwą interpretację, że układ o nieagresji z 1934 r. między Polska i ZSRR był zawarciem sojuszu. Naciski III Rzeszy w l. 1938-39 i rozmowy dyplomatyczne Berlina i Warszawy, także. Oczywiście, nie był to sojusz i nic hańbiącego w tym nie było, okoliczności są znane. Nawet zajęcie Zaolzia nie było aktem współdziałania z Niemcami, a raczej prewencją, by i te ziemie, uznawane wówczas przez Polskę za etnicznie polskie, nie wpadły w ręce Niemców. Są jednak tacy, co tęsknią za porozumieniem Polski z III Rzeszą. Ostatnio w Polsce modne są głośne i popularyzowane publikacje Pana Piotra Zychowicza: Pakt Ribbentrop-Beck, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2012, gdzie autor uważa za błąd, że Beck nie zawarł sojuszu z III Rzeszą oraz publikacja tegoż autora pod wymownym tytułem: Obłęd ’44 – Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2013. Jeżeli chodzi o poglądy polityków Leona Kozłowskiego, Władysława Studnickiego, czy pisarza Józefa Mackiewicza, to przecież nie jest to niespodzianka. A krytyka tych poglądów była i jest zasadna. Ze strony sił niepodległościowych, poza krytyką, nie spotkali się ci panowie z niczym złym (wyroki orzekane, nie były wykonane). Co do dowódców liniowych, to znane są okoliczności porozumienia na poziomie taktycznym z Niemcami. “Góra-Dolina”, czyli Adolf Pilch (może jedyny dowódca, który po rozkazie Komorowskiego pomocy powstaniu dotarł z oddziałem do walczącej Warszawy). Obrona Przebraża (?), Brygada Świętokrzyska NSZ (?). Natomiast Rowecki, jak wiemy, przypłacił życiem wybuch powstania, i nie zawarł żadnego porozumienia z Niemcami siedząc w obozie koncentracyjnym.

      • Krzysztof Kowalski says

        Nadanie myślom odpowiednich słów nie jest, jak widać, moją mocną stroną, za co tych co wrażliwszych przepraszam. Moją intencją było poparcie Staszkowego dążenia do poznania i ujawnienia prawdy historycznej tamtych czasów, nawet tej niewygodnej. Jest to konieczne, szczególnie teraz. Dzisiejszy polski elektorat powinien umieć ocenić zagrożenia, bazując na własnej historii. Nie uzurpuję sobie prawa do prawdy, tym bardziej, że jak sam Pan bardzo słusznie napisał, selektywna znajomość faktów prowadzi do subiektywnych wniosków. Dlatego, jako zwykły prowincjonalny inżynier, nie obracający się w kręgach ekspertów, wyraziłem, jak umiałem swój pogląd, niejako “z zewnątrz”, bez wdawania się w akademickie dysputy.

        • Podsudecki says

          Proszę przyjąć wyrazy najwyższego szacunku. I w zasadzie na tym mógłby skończyć, ale wówczas NIGDY nie porozmawiamy o historii, o tzw. polskich sprawach. Nocne Polaków rozmowy, szczere i “do bólu”, toczy się w zamkniętym gronie, dyskretnie. Tutaj rozmawiamy publicznie i dlatego lepiej jest występować anonimowo. Podsudecki jest moim nickiem, ale nie nazwiskiem. Z Pana strony jest inaczej. Wówczas argumenty historyczne nabierają osobistego znaczenia. Nie chciałem konfrontować swoich myśli z “prowincjonalnym inżynierem”, czy z “przyjacielem Staszka”, z osobą “nie obracającą się w kręgach ekspertów” itp. Chciałem konfrontować “czyste” argumenty, przeciw innym argumentom i wierzyć, że może młodzi ludzie to poczytają, gdziekolwiek są na świecie. Wychodzę bowiem z założenia, że akademicka dyskusja jest potrzebna i choć ze zmarłych nikogo nie wskrzesi i nie odwróci tego co było, to przecież może zmieniać, to co będzie – inaczej uniwersytety należałoby pozamykać z uwagi na jałowość akademickiej dydaktyki. Jeśli Polacy wciąż popełniają błędy historii i nie umieją z niej wyciągać wniosków, to jaka droga prowadzi do zmiany tego fatum ? Z drugiej strony niczego staram się nie przeceniać. Nie mam monopolu na wiedzę, zapowiedziałem, że to co napiszę będzie subiektywne (Staszek napisał tak, jakby “przyłapał” mnie na tym), a – co najgorsze – obawiam się, że świat nam uciekł. Ta historia jest zbyt trudna dla młodych, by inwestowali w jej poznanie zbyt dużo czasu, a na pierwszym planie są legendy, stereotypy, mity, pomniki podlane sosem poprawności myślenia.

  8. Pozwólcie, że wyjawię Wam powód napisania i opublikowania tego ”rocznicowego” felietonu. Bo to nie tylko okrągła rocznica.
    Otóż kilka tygodni temu, rozmawiając z moim dobrym znajomym, Warszawiakiem, o kilka lat ode mnie starszym gentlemanem pamiętającym jeszcze tamte czasy, zderzyliśmy się naszymi opiniami n/t Powstania.
    On był zdania, że Powstanie MUSIAŁO wybuchnąć, bo taki był nastrój i wola Warszawiaków. Wciąż pamięta, że jako harcerzyk ćwiczył chodzenie po kanałach. Że nastrój był taki, że gdyby naczalstwo nie dało rozkazu do rozpoczęcia akcji – nastąpiłby samowybuch.
    Ja – że Armia Krajowa nie była „cywilbandą”. Warszawskie oddziały – a dowódcą jednego z plutonów Kedywu był mój ojciec – były świetnie przeszkolonym i zdyscyplinowanym wojskiem. Dowodem: rozejście się bez jednego wystrzału po odwołaniu alarmu ogłoszonego przedwcześnie przez gen. Montera.
    Rozjuszyłem się, bo opinii takich wysłuchuję na co dzień. I… napisałem.
    Po czym wyruszyłem z przyjaciółmi i z plecakiem w Góry Skaliste, gdzie wędrowaliśmy przez dni pięć – bez jakiejkolwiek komunikacji ze światem. Wreszcie wróciłem i znalazłem Wasze wpisy…
    Zareagowaliście. I jestem Wam za to serdecznie wdzięczny nawet, jeśli nie w pełni podzielam wszystkie Wasze opinie.
    Te „prokuratorskie”, Wendrychowicza, „ewangeliczne” – Iwa. Dodające wiele, acz w końcu nieco dziwaczne – Podsudeckiego. Świetne i mądre, Krzysztofa. I te wiele rozumiejące, wielce merytoryczne, Koraszewskiego.
    Dziękuję Wam wszystkim za Wasze zaangażowanie i zachęcam do dalszej rozmowy.
    Temat jest wszak otwarty.
    Ten sam generał Anders, który (jak pisze p. Podsudecki: „To dlatego Anders podjął “nieracjonalną” zgodę na szturmowanie wzgórz Monte Cassino by pokazać światu, jaka jest prawda z Polakami”), w imię udowodnienia polskich wartości rzucił dowodzony przez siebie II Korpus na wzgórza Cassino – w niecałe trzy miesiące później dosyć jednoznacznie ocenił decyzję rozpoczęcia powstania w Warszawie – jako ZBRODNIĘ!
    Nie sposób nie zgodzić się z p. Podsudeckim, że „…Z jednej strony mamy fakty, z drugiej ich interpretację. Więcej faktów pozwala na bardziej trafne opinie i oceny, czyli bardziej przekonywującą interpretację. Jednak, tak jak fakty są mało podatne na subiektywizm, tak i ich selektywne zestawienie, czy interpretacja, zawsze będą subiektywne….”.
    Nic dodać, nic odjąć…
    Faktów mamy, nawet już teraz, znacznie więcej niż tylko te, przywołane w mojego autorstwa krótkim felietonie, czy też wzmiankowane przez dyskutantów. Nie wszystke są znane tzw. „szerokiemu ogółowi”, ale zakładam, że ludziom interesującym się tematem, lub zawodowym historykom winny być znane. Dlatego zaskoczyła mnie nieco hipoteza zaprezentowana przez p. Podsudeckiego. Bo tak wiele istotnych faktów po prostu pominął.
    Warto więc może wspomnieć i inne znane fragmenty życiorysowe tych, co to uparcie i ślepo dążyli do Powstania.
    Aresztowania we Lwowie roku 40go. Przesłuchania prowadzone osobiście przez generała Sierowa na Łubiance i w Lefortowie, formowanie I Dywizji WP w ZSRR, przebieg spotkania Andersa i Okulickiego ze Stalinem, powody, dla których głównodowodzący gen. Andres pozbył się swego szefa sztabu (pisząc mu jednocześnie „laurkę”), zatwierdzonego osobiście przez Stalina? Tych faktów jest więcej..
    Rozumiem, choć nie podzielam patriotycznego idealizmu graniczącego z naiwnością w wypowiedzi Iwa. Bo On czuje się lepiej, gdy nie tylko polskich generałów ś.p. nie podejrzewa o niecne zamiary, ale nawet i Stalina nie posądza o rolę sprawczą warszawskiej zbrodni. Stalina – znanego i uznanego Wielkiego Manipulatora, zbrodniarza wszechczasów, posiadającego od lat najbardziej w świecie rozbudowaną organizację szpiegowsko – dywersyjną. O roli, jaką pełniły NKWD i GRU w wielu europejskich krajach w tzw. „międzywojniu” można sobie chociażby poczytać w zbiorze dokumentów wykradzionych z sowieckich tajnych archiwów przez płk. Mitrochina. Czy nie jest dziecięcą naiwnością zakładać, że Polskę ominęły te działania??? Czy nie jest naiwnością sądzenie, że baćka Stalin spokojnie czekał, aż „Polaczki” sami się unicestwią?
    Tak długo, póki nie przeczytamy „czarno na białym”, kto, jak i kiedy…, nie powinniśmy jednak formułować sądów ostatecznych. I dlatego też, i tylko z tego powodu, nie zgadzam się z apelem p. Wendrychowicza: „ Jeśli jest tak, jak sugeruje Autor, że ktoś z tych decydentów działał w porozumieniu ze Stalinem, to należy go uznać za zbrodniarza i ogłosić jego nazwisko…”.
    Zaszło nieporozumienie. Otóż ja nigdy czegoś podobnego nie sugerowałem. Napisałem jedynie w podsumowaniu: „Dlaczego więc, pomimo tragicznych doświadczeń z bolszewikami, pomimo stanowiska Wodza Naczelnego, zmieniono decyzję, wydając Warszawę, jej ludność, jej doborowe kadry inteligencji na pewną śmierć. A jej struktury konspiracyjne na pewne zniszczenie? Przecież chyba jasnym było dla prących do zbrojnej konfrontacji w Warszawie, że jedynym jej beneficjentem będzie Stalin.”.
    A to jednak nie to samo…
    Czy ujrzymy jednak tajne archiwa NKWD? Osobiście wątpię, choć przecież jeszcze nie tak dawno prof. Rotweld (polsko-rosyjska grupa do spraw trudnych) zapowiadał ich ujawnienie w 2015.

  9. Podsudecki says

    Starałem się w moim tekście wykazać, że niezależnie od tego, czy by zdecydowano o włączeniu Warszawy do walki, czy by nie zdecydowano, to: “… jasnym było dla prących do zbrojnej konfrontacji w Warszawie, że /…/ beneficjentem będzie Stalin.” Staszek dodał w tym zdaniu słowa: “jedynym jej”. Może właśnie o te słowa chodziło, chodziło o to, by nie tylko Stalin pokonał Niemców i czerpał z owoców zwycięstwa. Przestrzegałbym jednak przed pokusą poszukiwania odpowiedzi dlaczego zdecydowano o walce w Warszawie we wpływie tajemnej agentury. Nie żeby agentury nie było, wręcz przeciwnie, historia jest pełna spisków i agentów, błąd tzw. teorii spiskowej polega na tym, że we wszystkim dostrzega się tylko jeden spisek, a w rzeczywistości jest ich splot. Załóżmy, że Okulicki wykonywał inne dyrektywy niż Wodza Naczelnego, to przecież Wozem Naczelnym nie był Anders, a Sosnkowski zajął ambiwalentne stanowisko wobec decyzji włączenia dużych miast do walki. W depeszy z 7 lipca napisał: ” W tych warunkach wojskowo-politycznych powstanie zbrojne narodu nie byłoby usprawiedliwione, nie mówiąc już o braku fizycznych szans powodzenia. Teoretycznie jednak nie sposób wykluczyć, że warunki powyższe mogą jeszcze ulec zmianie, stąd należy nadal zachować możliwość uruchomienia powstania. /…/ Jeżeli przez szczęśliwy zbieg okoliczności w ostatnich chwilach odwrotu niemieckiego, a przed wkroczeniem oddziałów czerwonych, powstaną szanse choćby przejściowego i krótkotrwałego opanowania przez nas Wilna, Lwowa, innego większego centrum lub ograniczonego niewielkiego choćby obszaru – należy to uczynić i wystąpić w roli pełnoprawnego gospodarza.” 11 lipca Wódz Naczelny udał się do II Korpusu do Włoch i nic nie wiem o czymś więcej, by przekazał do kraju. Być może uważał, że stanowisko Wodza będzie reprezentował gen. Okulicki, który był jego człowiekiem zaufania i który skoczył na spadochronie do kraju z 21 na 22 maja 1944 r. Niestety, gdy Bór-Komorowski podejmował decyzję o walce w Warszawie nie znane mu były techniczne możliwości pomocy powstaniu, nie wiedział np., że Samodzielna Brygadę Spadochronową Sosabowskiego polski rząd na uchodźstwie, z udziałem Wodza Naczelnego, przekazał w początkach czerwca do dyspozycji władz brytyjskich w związku z inwazją na kontynent. Tak więc nie wiedział i o tym Okulicki, który przed skokiem odbył długą rozmowę z Wodzem Naczelnym. Komorowski mógł uznać, że zaszły okoliczności wskazane w depeszy Wodza Naczelnego. Trudno też twierdzić, że jeden agent wpłynął na stanowisko wszystkich, w tym na pragnienie walki, które było dość powszechne. Moje stanowisko sprowadza się do twierdzenia, że na wolę walki Polaków miała wpływ agentura sowiecka, ale pod szyldem PKWN, radiostacji Kościuszko, konspiratorów AL itd. Poszukiwanie kozła ofiarnego w sytuacji, gdy aż razi światło agentury komunistycznej wyżej wskazanych podmiotów, jest trochę groteskowe. Nigdy też nie twierdziłem (mając komfort oceny decyzji z dzisiejszej perspektywy czasu i wiedzy), że decyzja o walce w Warszawie była słuszna ( nawet jeśli była słuszna, to ta druga o wyznaczeniu godz. “W”, mogła być błędna), ale błędy popełnia każdy. Drobnym błędem jest np. nobilitowanie przeze mnie na stopień naukowy profesorski dr Gontarczyka – mogłem tak zostawić, bo przyszły awans pewnie dogoni moją antycypację – a np. drobnym błędem jest w tekście Staszka wskazanie obozów Starobielska i Ostaszkowa jako miejsca kaźni. Natomiast mimo, że czytałem “Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego, to nie pamiętam, aby tam było coś intrygującego podczas spotkania Andersa ze Stalinem na temat Okulickiego. Gdybym uzyskał jakieś informacje na ten temat, byłby wdzięczny.

  10. Podsudecki says

    Staszek zestawił “nieracjonalność” wyrażenia zgody na szturmowanie Monte Cassino, z nieracjonalnością decyzji o wywołaniu powstania w Warszawie. Oczywiście, mój cudzysłów oznaczał, że decyzję Andersa uważam w gruncie rzeczy słuszną, mimo mocnych argumentów przeciw. Anders mógł odmówić i chrzest bojowy II Korpusu odbyłby się w łatwiejszych warunkach. Jak mało kto, Anders wyczuwał, że sprawa polska jest przegrana i dodatkowe poświęcenie żołnierza polskiego nie przyniesie niepodległości. Z drugiej strony powinnością żołnierza jest walka zbrojna, a decyzja Andersa nie narażała ludności cywilnej, czy choćby dóbr kultury, tak jak to było w Warszawie. Dlatego jedną decyzję mógł uznać za racjonalną (Monte Cassino), drugą za zdradę (Warszawa). Miał jednak świadomość, że wzgórza szturmowały już jednostki wojskowe wielu narodowości, a straty niektórych sięgały 80 %. To, że akurat Polacy odnieśli spektakularny sukces (prasa światowa koncentrowała uwagę na tym miejscu od pól roku), nie oznacza, że prawdopodobieństwo porażki nie było wysoce prawdopodobne. Wobec tego, dlaczego wydał Anglikom zgodę na krwawą bitwę z udziałem tych Polaków, którzy cudem wydostali się z sowieckich łagrów ? Pomijam aspekt szansy na chwałę oręża polskiego, bo taki motyw też nie był bez znaczenia, ale politycznie rozsądnie było odpuścić. Czy by to ktoś zauważył ? No właśnie, dlaczego gen.Anders w tych okolicznościach dał zgodę ? Gdyby doszło do porażki, to jak wielka byłaby strata ? A jak wielki miała wpływ chwała wyjątkowego sukcesu spod Monte Cassino na decyzję o wybuchu powstania warszawskiego ? Należy pamiętać, że “Burza” na wschodzie nie skończyła się klęską wobec Niemców (operacja Ostra Brama przyniosła wolność dla Wilna i Rosjanie współdziałali). Klęskę “Burzy” przynieśli dopiero Rosjanie. Czy zetknięcie się polskiego podziemia z Rosjanami było do uniknięcia ? W jakich warunkach owo zetkniecie dawało więcej szans – po udanym boju przeciw Niemcom, czy przy pasywności podziemia?

  11. 70 lat temu – historia alternatywna: „co by było, gdyby było”
    Założenie: lipcowa ofensywa sowiecka, po przebyciu circa 400 km, zatrzymuje się na Wiśle, bez względu na to, co dzieje się w Warszawie. Wynika to z ówczesnej strategii i logistyki. Dalej iść nie można bez wyrównania skrzydeł, odbudowy linii komunikacyjnych, podciągnięcia rezerw, zaopatrzenia itp, a to wymaga kilku miesięcy czasu. Następny skok – od Wisły do Odry – dopiero w styczniu.
    Wariant 1
    Po doświadczeniach wileńskich i wołyńskich w lipcu ’44 Akcja Burza zostaje odwołana, Naczelny Wódz daje rozkaz demobilizacji AK, jako formacji nieprzydatnej w aktualnej sytuacji polityczno-militarnej. (w rzeczywistości nastąpiło to w styczniu ’45). Jest to wynik analizy możliwości: a) dalsza walka przeciwko Niemcom wspomaga działania Armii Czerwonej, co jest niewskazane (współpraca z bolszewikami?), b) zmiana frontu i walka wspólnie z Niemcami przeciwko nowemu wrogowi – Armii Czerwonej jest psychologicznie nie do przyjęcia (zdrada dotychczasowych sojuszników, pewność zmierzania wraz z Niemcami do klęski). c) demobilizacja (co zrobić z gromadzoną od 4 lat bronią? Zakopać? Wydać Niemcom? Wydać bolszewikom? Jak wytłumaczyć szeregowym ak-owcom, szykującym się do otwartej walki z okupantem, że mają oddać broń i wrócić do domu?). W tym czasie Niemcy spokojnie ewakuują (czyli rabują) co się tylko da z Warszawy (muzea, biblioteki etc.) i zamieniają miasto w „Festung Warschau” (na wzór „Festung Breslau”). Wysiedlają więc część ludności, a pozostałych zapędzają do budowy umocnień. Po kilkumiesięcznym oblężeniu i zdobyciu miasta przez Rosjan Warszawa wygląda jak Wrocław w 1945. Straty ludności cywilnej nie są jednak wysokie, bowiem masowe mordy nie miały miejsca. Po zdobyciu miasta do akcji przystępuje gen. Sierow ze swoim NKWD, z zadaniem likwidacji resztek polskiego Państwa Podziemnego, którego struktury mają dwa wyjścia: albo zejść do jeszcze głębszej konspiracji w oczekiwaniu na III Wojnę, albo ujawnić się przed nowymi władzami ze skutkiem przewidywalnym – pamiętamy „proces 13-tu” na Łubiankach, w tym przypadku skazańców byłoby więcej.
    Wariant 2
    Akcja Burza odwołana, Niemcy rabują jak wyżej, ale wobec sowieckiej ofensywy wycofują się spokojnie, wysadzając jednak dla zabawy co cenniejsze obiekty: Zamek, Katedrę, Pałac Saski, Dworzec Główny etc… Większość struktury miasta zostaje jednak zachowana. Straty ludności cywilnej są minimalne. Gen. Sierow przystępuje do akcji jak wyżej, tylko ma trochę więcej roboty. Armia Krajowa formalnie rozwiązana, w praktyce ujawniona przed Sowietami i przez nich likwidowana, wraz z warszawską elitą, stanowiącą zagrożenie dla nowej władzy. Może nie nowe Palmiry, ale jakiś „katyński lasek” pozostał by na polskiej ziemi.
    Wariant 2a
    AK pozostaje w konspiracji i organizuje powstanie dopiero w momencie rozpoczęcia styczniowej ofensywy sowieckiej, opanowuje miasto i wita wkraczające oddziały sowieckie (lub polskie – Berlingowców). Dla gen. Sierowa sytuacja się komplikuje, ale wykorzystuje doświadczenia wileńskie i daje sobie radę z „przeciwnikami systemu”. Dalej jak w wariancie 2.
    Wariant 3
    Według sugestii pana Piotra Zychowicza, zawartej w pracy „Pakt Ribentrop-Beck”, AK zawiera sojusz z Niemcami, razem z nimi broni Polski przed Sowietami (i Berlingowcami), poczym wycofuje się razem z Niemcami dalej na Zachód. Przykład z realu: Świętokrzyska Brygada NSZ. (można sobie wyobrazić bitwę Dywizji Kościuszkowskiej z uzbrojoną przez Niemców (na wzór dywizji Własowców) Dywizją AK – to już sprowadzone „ab absurdum”!). Los Warszawy – jak w wariancie 2.
    Łatwo mówić, co było złe, ale wymyśleć, co mogłoby być dobre, to nieco trudniej. W ówczesnej sytuacji polityczno-militarnej nie było dla Polski dobrego wyjścia. Choć „wariant 2” może byłby optymalny?

    • Podsudecki says

      Założenie, że zatrzymanie się Rosjan na pół roku na Wiśle: “wynika /…/ z ówczesnej strategii i logistyki”, jest podobna do wiary, że “zielone ludziki” na Krymie to ludność miejscowa, która kupiła broń w sklepie. Ofensywa rosyjska wstrzymana była 5 sierpnia przez Stalina celowo, by Niemcom umożliwić zniszczenie Warszawy. Przesłanki:
      1. Teza, że wyczerpały się możliwości kontynuowania ofensywy, to główny element sowieckiej propagandy po wojnie.
      2. Ludzi chętnych do walki Warszawa miała aż nadto i nowych nie potrzebowała (tak stwierdził m.in. prof. Jan Podoski, który w Londynie z ramienia Naczelnego Wodza kierował pomocą lotniczą dla powstania). Warszawa potrzebowała wyłącznie broni i leków, słowem – zrzutów. Prof. Kieżun stwierdził, że gdyby zrzut broni dokonany przez 107 amerykańskich „latających fortec” – czterosilnikowych Boeingów B-17 – nastąpił w pierwszych dniach powstania, to Polacy Warszawę by wyzwolili i utrzymali. Rosjanie mogli zrzuty dokonywać bez problemów i byłaby to wystarczająca kontynuacja ofensywy, Amerykanie lecieli z Anglii nad Danią i przekraczali wiele stref zmiennej pogody.
      3. Rosjanie uchwycili kilka przyczółków po drugiej stronie Wisły (warecko-magnuszewski, Niemcy dopiero 9 sierpnia próbowali go zlikwidować, pod Kazimierzem Dolnym, pod Puławami i Dęblinem) gdzie używano głównie 1 Armii WP. Później powtórzyło się to w samej Warszawie, też użyto berlingowców. Widać w tym zamysł propagandowy. To także metoda wyniszczenia walką. Armia polska Berlinga nie była w stanie sama wykonać zadania. W dniach 16-20 września 1 AWP utworzyła kilka przyczółków w samej Warszawie, wcześniej wyzwolono Pragę w dniach 10-14 września. Praga nie była umocniona przez Niemców, można było operację wykonać dużo wcześniej. Natomiast tworzenie przyczółków na lewym brzegu Wisły przeprowadzone było, głównie ze względu na stanowisko Rokossowskiego, w sposób, który z góry zapowiadał klęskę – desanty następowały za dnia, nie pod osłoną nocy. Zadymianie Wisły eliminowało zaskoczenie. Przerzucono jedynie trochę moździerzy i dziełek 45 mm, natomiast nie przerzucono czołgów i ciężkiego uzbrojenia. Sprawa Skokowskiego i kierunku nacierania z przyczółka między mostami, to możliwa prowokacja wobec Berlinga, w konsekwencji jego odwołanie przez Stalina i przesłuchiwanie przez NKWD.
      4. Brak bombardowania lotnisk niemieckich przez sowietów. Pozostawienie nieba nad Warszawą Niemcom, którzy bez przeszkód bombardowali systematycznie i kolejno dzielnice Warszawy.
      5. Utrudnianie pomocy lotniczej dla Warszawy. Słynna odmowa lądowania samolotów alianckich na lotniskach po prawej stronie Wisły.
      6. Od 13 września 1944 r. zrzuty samolotów sowieckiej Dywizji Nocnych Bombowców i polskiego 2 Pułku Nocnych Myśliwców “Kraków”. Zrzuty realizowane były przy pomocy niewielkich, lekkich dwupłatowców U-2 tzw. “kukuryźników”. Z niewielkiej wysokości zrzucały one worki z zawartością, bez spadochronu. Ten sposób wykonywania zrzutów powodował, że broń i amunicja docierały z poważnymi uszkodzeniami, uniemożliwiającymi ich użycie. Często zniszczeniu ulegały nawet puszki z konserwami. Można przyjąć, że były to działania pozorowane.
      6. Polityczna krytyka przywódców powstania, a od października 1944 wszystkich powstańców oraz ich prześladowanie.

      • W temacie zatrzymania ofensywy sowieckiej polecam rzeczowy artykół Norberta Bączyka (historyka wojskowości) p.t. “Zatrzymany front?”, zamieszczony w Polityce z dnia 7.lipca b.r.

        • Rzeczywiście interesujący ten artykuł, Iwo. Ale, dla… historyków wojskowości. Do wcześniejszej oceny podłej, jednak politycznie skutecznej gry Stalina – nie wnosi nic nowego. Wręcz przeciwnie: potwierdza tezę, że dyrektywy Stalina wyłączały Warszawę z bezpośrednich działań ofensywnych.: “Niech się faszyści sami unicestwią”.
          Nie wnosi też nic nowego do dyskutowanego przez nas tematu pt. “dlaczego?”.
          Zagłębianie się w zawiłości rozgrywek militarnych może być też zajęciem fascynującym – ale chyba przy innej okazji. Bo to zupełnie inny temat.
          Dla ówczesnych polskich decydentów winno już wtedy być jasnym i oczywistym, że nie było w interesie Stalina pomóc Powstaniu. I że naiwnością było oczekiwać od niego pomocy w walce z nim samym i z jego krasnoarmiejcami.
          Więc… dlaczego tak do tego powstania w Warszawie parli???
          Dlaczego trójka (Okulicki, Rzepecki, Pełczyński) + Chruściel zlekceważyła płynące z Naczelnego Dowództwa dyrektywy i użyła wszelkich metod psychologicznego nacisku by szef, gen. Bór-Komorowki, wydał rozkaz? Którego już w kilkanaście minut później – po konsultacji ze swym szefem wywiadu płk. Irankem-Osmeckim – żałował.
          Ale na odwołanie było za późno. Nastąpiła rzeź.
          Zginęło milionowe Miasto. Poległo ćwierć miliona jego mieszkańców.
          Czy w tym kontekście patriotyczne – dumna odpowiedź dana przez jednego z naszych Sz. dyskutantów: “… Bo chcieliśmy być wolni w naszym własnym Kraju, dziedzictwie Ojców i Praojców nas wszystkich – Polaków.”, nie brzmi tragiczno – ironicznie?

    • Podsudecki says

      Uwagi do wariantów historii alternatywnej.
      Ad 1.
      Głównym powodem rozwiązania AK w styczniu 1945 r. była dekonspiracja podziemia i stąd całkowite “wystawienie” na terror NKWD i UB. Burza miała niezamierzony zły skutek. Podczas przygotowania Burzy, miały miejsce szkolenia, ćwiczenia w lasach, spotkania w mieszkaniach itp. Nagle wszyscy, mający wcześniej jedynie pseudonimy i własne kanały kontaktu, spotkali się i spojrzeli na siebie. Wystarczył w przyszłości jeden nowy aelowiec lub jeden, który przesłuchania nie wytrzymał, aby wszyscy byli zagrożeni. Ogromna skala aresztowań jesienią 1944 spowodowała, że dawne struktury nie nadawały się na warunki nowej, sowieckiej okupacji. To był główny powód rozwiązania AK.
      Z Warszawy, już palonej, Niemcy wywieźli 40 tys. wagonów zrabowanego mienia.
      Co do liczby ofiar. W Warszawie było wówczas 800 tys. do miliona mieszkańców. Gdyby uznać straty jakie były udziałem Mińska białoruskiego, czyli 40 %, to oznacza 300-400 tys. ofiar. Wspomniany Wrocław, zamieniony na twierdzę, stracił blisko 32 % ludności, z 625 tys., ok. 170 tys. cywilów i 30 tys. żołnierzy niemieckich, a przecież to byli swoi cywile.
      Ad 2
      Nie znam ogłoszonej twierdzy niemieckiej, z której Niemcy wycofaliby się bez obrony, tym bardziej spokojnie, ale być może coś przeoczyłem, proszę o taki przykład.
      Już widzę jak ci rozpaleni chęcią walki chłopcy z AK karnie sypią wały dla Niemców. Prof. Kieżun wspominał, jak po odwołanej pierwszej mobilizacji chcieli we trzech wywołać powstanie. Głosowali. Było 1:1, Kieżun wahał się i rozstrzygnął za dyscypliną wobec Komendy AK.
      Ad 2 a
      Nie wiemy, czy ofensywa rosyjska wokół Warszawy byłaby dopiero w styczniu 1945 r. A co z nawoływaniem do powstania przez Rosjan i komunistów? Przez pół roku 100 tys. mężczyzn budowałoby fortyfikacje dla faszystów, a kobiety gotowały strawę, a radiostacja Kościuszko ochrypłaby od wezwań do walki ?
      Ad 3
      Zgoda.
      Dodam wariant 4
      Wódz Naczelny uzgadnia z aliantami zachodnimi, że trwa Burza, jeżeli w Warszawie wybuchnie powstanie w odpowiedzi na jakieś okoliczności (ogłoszenie miasta twierdzą, wsparcie dla ofensywy sowieckiej, ogromna wola walki, wyjątkowy terror) to w takim przypadku należy liczyć się z koniecznością pomocy lotniczej. Moment wybuchu zostaje wyznaczony przez pierwszy zrzut. 110 latających fortec wylatuje z Anglii. Wcześniej podawane są błędne informacje, że kolejne niemieckie miasto będzie bombardowane, np. Szczecin. Samoloty kierują się jednak nad Warszawę i na spadochronach spada na miasto 110 pojemników z bronią (przypominam, że w rzeczywistości powstańcy w Warszawie odebrali przez cały okres tylko 44 pojemniki). Część przejmują Niemcy, ale większość Warszawy jest przecież polska. Miasto się nie pali. Samoloty lądują po stronie rosyjskiej (Rosjanie powiadomieni zostali o domniemanym bombardowaniu Szczecina). “Wina” spada na aliantów. Przy takim uzbrojeniu powstańcy opanowują całe miasto, może i lotnisko, a wtedy …
      Ale czy aliantom zachodnim bardziej zależało na pomocy Polakom, czy Rosjanom ? Jeżeli jeszcze Churchillowi wydawało się, że w nowych granicach Polska uratuje niepodległość, to Roosevelt Uncle Joe by nie zawiódł.

  12. Iwo, bardzo interesujące Twe dywagacje i warianty fantastyczno-historyczne. Każdy z nich nadaje się na osobną powieść. Niewiele jednak mają wspólnego z postawionymi w felietonie pytaniami, na żadne z nich nie usiłują nawet odpowiedzieć.
    Bo… akcję „Burza” wymyślono i postanowiono jeszcze wtedy, gdy ustalenia Teheranu nie były znane polskim politykom i wojskowym. Dowiedzieli się o nich dopiero wiosną 1944, a więc już po pierwszych „rozczarowaniach” braterskiej walki ramię w ramię z Armią Czerwoną. I to był ten właśnie moment, gdy Twoje (a może i jeszcze inne) scenariusze należało rozpatrzyć i postanowić, co dalej. I pewnie to robiono. Sytuacja Polski rzeczywiście była bardzo trudna, nie do pozazdroszczenia. Czy było więc dobre rozwiązanie?
    Postanowiono wtedy akcję „Burza” kontynuować (SZALEŃSTWO???), wyłączając z niej jednak Warszawę, jako że walki w mieście – bez względu na ich ostateczny wynik – to pewna śmierć miasta i jego mieszkańców. Od tego momentu zgromadzoną w Warszawie broń i amunicję słano „w lasy”, bo to tam miał toczyć się bój ostatni. I – pisałem już o tym – rozważano opcję ustanowienia Warszawy „miastem otwartym”. Nie było to znowu aż tak nierealne jak piszesz, bo z Niemcami, szczególnie wtedy gdy przegrywali, można było jednak negocjować – i Hitler mógł na to pójść. Coś za coś.
    Decyzję wywołania walk w Warszawie podjęto w ostatniej chwili (ZBRODNIA!… Nie wiemy tylko, czy „mimo woli”, czy popełniona z premedytacją). Brakowało broni, amunicji. Nie istniały żadne opracowane plany strategiczno – taktyczne. Pełen żywioł. Na argumenty o braku broni padały z ust prących do walki generałów buńczuczne stwierdzenia: „to sobie zdobędą”.
    Wysłany w maju do Polski płk. Okulicki miał zadane przez Naczelnego Wodza powstrzymanie decyzji o zbrojnym zrywie. A co się stało? Natychmiast po lądowaniu skontaktował się z niektórymi członkami ścisłego kierownictwa AK i zaczął podważać autorytet gen. Bora. Stworzył nieformalną „grupę oporu” w sztabie (on, Pełczyński, Rzepecki, Monter) i metodami szantażu, gróźb i kłamstw pchali dowódcę (a niestety gen. Bór nie był zbyt silną osobowością) do decyzji rozpoczęcia powstania w Warszawie. Wielką pomocą w tych usiłowaniach okazała się i sowiecka radiostacja „Kościuszko” i stalinowskie tony ulotek, zrzucone w ostatnich dniach lipca na Warszawę. I radiostacja i ulotki wzywały ludność Stolicy Polski do powstania przeciw okupantowi i walkę ramię-w-ramię z wkraczającymi oddziałami sowieckimi. Ani słowa o tym, że wkroczą, ale dopiero za pół roku, bo muszą poczekać i „podciągnąć”!!! Ten argument pojawił się dopiero znacznie później w propagandzie stalinowskiej i jest nieopatrznie często powtarzany aż do chwili obecnej.
    I tak Stalin dokończył niemieckimi rękami dzieło, skutecznie rozpoczęte w Katyniu. W międzyczasie próbował, zaraz po sformowaniu Wojska Polskiego w ZSRR wysłać je natychmiast na front. W tym zamiarze popierał go polski szef sztabu (!), ale ostro protestował generał Anders wiedząc, że to wyrok śmierci dla dopiero co wyciągniętych z więzień i łagrów Sybiru rodaków. Płk. Okulicki musiał rozstać się ze stanowiskiem, choć przecież chciał tak dobrze, patriotycznie „najprostszą drogą do Polski”. Wygrał „zdrajca” Anders i uratował życie tysięcy Polaków, wyprowadzając swe wojsko (wtedy jeszcze bez jakiejkolwiek zdolności bojowej) z ziemi okrutnej.
    Jednak Stalin miał czas, co nie udało się w 42gim w Rosji, powiodło się w 44tym nad Wisłą.
    A wiosną 45go, na zaproszenie generała Sierowa i ufając „słowu honoru” jednego z pułkowników NKWD, stawiło się karnie na spotkanie w Pruszkowie całe (!) kierownictwo podziemia niepodległościowego na czele ze swym dowódcą (było ich szesnastu).
    Decyzję o przyjęciu „zaproszenia” i ujawnieniu struktur podjęto wbrew kategorycznemu rozkazowi gen. Andersa i gen. Kopańskiego (szefa sztabu Naczelnego Wodza). Ciąg dalszy… znamy.
    Już po upadku Powstania gen. Okulicki napisał list do prezydenta Raczkiewicza, a w nim podsumował: „…potrzebny był czyn któryby wstrząsnął sumieniem świata. Powstanie Warszawski dobrze spełniło swoje zadanie…”.
    W październiku 1945 gen. Okulicki skreślony został ze stanu Polskich Sił Zbrojnych, przestając być formalnie generałem i oficerem.
    Pomimo tego, że świadkowie tamtych zażartych, dramatycznych lipcowych zmagań w Komendzie Głównej AK już nie żyją, to jednak niektórzy z nich pozostawili nam swe wspomnienia. Zainteresowanym polecałbym np. lekturę wywiadu, przeprowadzonego w 1972 roku z członkiem Komendy Głównej Armii Krajowej, pułkownikiem Plutą-Czachowskim.

  13. Romuald KOŁUDZKI - STOBBE says

    W kontekście przytoczonych wyżej przemyśleń dotyczących Powstania Warszawskiego rodzi się pytanie “Czy i jaki jest sens Polskich Powstań Narodowych ? ” Począwszy od Kościuszkowskiego 1794, poprzez Listopadowe 1831, Styczniowe 1863, Powstania Śląskie, Legiony Józefa Piłsudskiego, Powstanie Wielkopolskie, Powstanie Warszawskie 1944. Jaki jest sens Powstań Narodowych ? Nie tylko zbrojnych ? Również powstania Ruchu Społecznego SOLIDARNOŚĆ obejmującego 10 milionów obywateli.
    Uproszczeniem byłoby powiedzieć, jeśli zwycięskie to ma sens, jeśli przegrane to sensu nie ma. Tak więc zwycięska bitwa pod Racławicami miała sens, a przegrana pod Maciejowicami nie ?
    Kiedy i dlaczego dochodzi do wybuchu Powstania Narodowego ? A no wówczas gdy Naród już tak jest uciemiężony i upodlony w poczuciu własnej godności przez obcych, że dalej znieść tego nie może. Co Polsce dały wszystkie Powstania Narodowe ? Dały zachowanie własnej tożsamości, kultury, dziedzictwa narodowego znaczy WOLNOŚCI. To dla tych właśnie wartości mniej lub bardziej świadomie walczyły pokolenia Polaków i pokolenia II Rzeczypospolitej, w tym Powstańcy Warszawscy i wszyscy Żołnierze Armii Krajowej i wszyscy Powstańcy od wieków.
    Kto może dać gwarancje, że Powstanie jako takie będzie zwycięskie ? I wówczas będzie miało sens. No kto ? A kto ponosi odpowiedzialność za przegraną ? Kto ponosi winę za przelaną krew, za zniszczenia kraju, za utratę niepodległości, no kto ?
    To nie są pytania retoryczne, na które nie oczekuje się odpowiedzi. Odpowiedzi nie są proste. I jaka przyszłość przed nami, przed Polską. Czy w kontekście naszych dziejów ostatnich trzech wieków i Powstania Warszawskiego możemy stwierdzić, że nie staniemy znowu w obliczu konieczności obrony 25 lat trwającej wolności państwa ?
    I co wówczas ? Z historii wszystkich Powstań Narodowych w tym z Powstania Warszawskiego płyną według mnie dwa wnioski dla obecnych i przyszłych pokoleń:
    1. Dbać, w szeroko rozumianym przekazie kulturowo-edukacyjnym o pielęgnowanie i
    zachowanie tych wartości jakie przyświecały pokoleniom Polaków w utrzymaniu
    własnej tożsamości i państwowości.
    2. Rozwijać poczucie indywidualnej, obywatelskiej odpowiedzialności za swoją rodzinę,
    swoje miasto, swój Kraj – za POLSKĘ.

    PS. Dziękuję Ci Staszku za napisanie tego artykułu. Dziękuję wszystkim za jakże
    głębokie przemyślenia i pełne erudycji komentarze. Ze swej strony przyświecała
    mi synteza tych wszystkich zawartych tu wypowiedzi – jako pełne bólu ale i
    chwały przesłanie dla potomnych.

  14. Romuald KOŁUDZKI - STOBBE says

    Pytasz Staszku, i tytułujesz swój artykuł pytaniem “Dlaczego ?” Odpowiadam najkrócej jak można !

  15. Romuald KOŁUDZKI - STOBBE says
  16. Romuald KOŁUDZKI - STOBBE says

    Pytasz Staszku i tytułujesz swój artykuł pytaniem “Dlaczego ? ” Odpowiadam najkrócej jak mogę w naszym, własnym kraju, Dziedzictwie Ojców i Praojców nas wszystkich – Polaków.

  17. Romuald KOŁUDZKI - STOBBE says

    Staszku, po raz trzeci muszę odpowiedzieć Ci na pytanie Twojego artykułu zatytułowanego “Dlaczego ? ” Po raz trzeci, bo używałem w odpowiedzi dużych liter a system ich nie przyjął. Więc odpowiadam najkrócej jak mogę :
    , w naszym, własnym Kraju, Dziedzictwie Ojców i Praojców nas wszystkich – Polaków.

  18. Romuald KOŁUDZKI - STOBBE says

    Staszku, Ciebie i wszystkich PT Czytelników przepraszam za użycie w odpowiedzi na pytanie Twojego artykułu “Dlaczego ? ” dużych liter w zdaniu ” Bo chcieliśmy być wolni “,
    (których system nie przyjął.) – w naszym własnym Kraju, dziedzictwie Ojców i Praojców nas wszystkich – Polaków.

  19. Takiej dyskusji chyba nie spodziewal sie autor artykulu: otwarta, rzeczowa i mimo, ze chwilami nawet zapalczywa, grozaca przekroczeniem granicy szacunku dla odmiennego zdania to jednak jestem pelen uznania dla wszystkich wyzej podpisanych…
    Wypada mi teraz zadac to pytanie, ktore wciaz wisi w powietrzu; czy dzisiaj, moze jutro albo w niedalekiej przyszlosci, jezeli zaszlaby taka potrzeba, czy mlodzi warszawiacy porwali by sie na podobny czyn; ryzykujac zyciem, wierzac, ze walka ma sens i swiat to doceni?
    Wiem, ze jest to tani chwyt ale zastanowmy sie przez chwile w dniu 1 sierpnia kto i dlaczego doprowadzil do tej sytuacji, kto wymordowal powstancow i cale dowodztwo powstancze i czego narod polski nauczyl sie z tej tragicznej lekcji. Oddajac hold powstaniu zastanowmy sie czy aby na pewno dobrze odrobilismy lekcje historii…Chwala Bohaterom!

    • To może nie dokładnie temat naszej rozmowy, ale jednak skomentuję:
      Tak, panie “Ciemny”: chwała bohaterom Powstania! Zginęło tam wtedy całe, prawie, pokolenie polskiej młodej inteligencji. Pokolenie wspaniałe! Pokolenie wychowane na ideałach walk powstańczych, legionowych.
      A został po nich :”…złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń…”. K.K.Baczyński – autor tych proroczych słów zginął już w pierwszych dniach Powstania. Po nim poszli inni.
      Zadaje Pan pytanie, czy obecne pokolenia młodych Warszawiaków stać byłoby na taki CZYN. Czy “odrobiliśmy” lekcję historii?
      Pamiętam dzień 30 marca 1981 – pogotowie do strajku generalnego ogłoszone przez KK Solidarność w odpowiedzi na tzw. “prowokację bydgoską” (byłem wtedy członkiem komitetu strajkowego). Strajk był tuż, tuż…
      Wiedzieliśmy, że odpowiedzią może być wjazd sowieckich czołgów – a jednak byliśmy na to gotowi. Czyli… lekcji jednak wtedy nie odrobiliśmy.
      A obecne pokolenie III Rzplitej??? – czekam na Wasze komentarze.

  20. Podsudecki says

    Muszę poczynić kilka zastrzeżeń do komentarzy Staszka. Wygląda na to, że Staszek ustawia współrozmówców do narożnika. W jednym miejscu napisał, cyt: “Dla ówczesnych polskich decydentów winno już wtedy być jasnym i oczywistym, że nie było w interesie Stalina pomóc Powstaniu.” Sprowadza się to twierdzenia, że przywódcy krajowi parli do powstania “mimo woli” albo z premedytacją kierując Warszawę do świadomego samobójstwa. W podtekście wyczuwa się zarzut o sprzyjanie Stalinowi, agenturalne, czy nie agenturalne.
    Dlaczego więc z Burzą i powstaniem czekano na front rosyjski ? Jeżeli miałoby to być świadome samobójstwo, to powstanie mogłoby wybuchnąć rok wcześniej lub dwa lata wcześniej. Czekano jednak na front rosyjski. Czy po to, by obciążyć Rosjan brakiem pomocy, czy po to by łudzić Polaków, że Rosjanie pomogą ? Oczywiście oba pytania wynikają z ram konwencji świadomego samobójstwa. Pierwsze pytanie jest absurdalne, zwłaszcza po tym, co już Rosja pokazała światu, a więc pozostaje drugie. Czy krajowi decydenci powstania mieliby łudzić Polaków, że Rosjanie pomogą ? I to pytanie jest zasadne. Spróbuję zaprzeczyć, bo były przesłanki by sądzić, że serio wierzono w pomoc Rosjan:
    1. Jak już napisałem, Burza na wschodzie uzyskała pomoc Rosjan. Zarówno na Wołyniu (?), jak i w Wilnie wojska liniowe współdziałały i odnosiły także wspólne zwycięstwo nad Niemcami.
    2. O postanowieniach Teheranu, a ściślej o zgodzie aliantów zachodnich na zmiany w Polsce, Mikołajczyk dowiedział się dopiero 14 października w Moskwie. To, że od wiosny głosili coś komuniści, nie oznaczało wiedzy polskich władz na uchodźstwie o postanowieniach Teheranu.
    3. Mikołajczyk na wieść o decyzji walki w Warszawie wyjechał do Moskwy w lipcu 1944, kraj o tym powiadomiono. Mikołajczyk chciał walki w Warszawie.
    4. ZSRR był członkiem Wielkiej Koalicji i nacisk aliantów zachodnich mógł być brany serio. Należy dodać, że brak zgody na lądowanie samolotów z pomocą powstaniu zaskoczyło Churchilla i było, jak twierdził po latach, pierwszym akordem zimnej wojny.
    5. Radiostacja Kościuszko i PKWN nawołujące do powstania, były przecież w domyśle obietnicą pomocy (już o tym pisałem).
    6. Wiara w tezy propagandy rosyjskiej, że głównym celem jest wyzwolenie, wolność uciskanych, walka przeciw Niemcom. To zjawisko wymaga osobnego potraktowania. Pomijam ogromne doświadczenie Rosjan w technikach dezinformacji, ale złudne kłamstwa poparte mitem niezwyciężoności i siły (czytaj – strachu) mają wyjątkową moc oddziaływania. Pomijam, że miraż propagandy lewicowej mógł też kogoś zwieść. Np. Rzepecki był socjalistą. To zjawisko zbiorowej naiwności i niemocy myślenia samodzielnego łatwo dostrzec i dzisiaj. Strach nakazuje wybrać wariant dogodniejszy, gdy podsuwa go na tacy propaganda.
    7. Z depesz Bora- Komorowskiego do Londynu jednoznacznie wynika, że czekali na pomoc Rosjan. Podobny był nastrój zwykłych powstańców, radość gdy wylądowali na brzegu Wisły berlingowcy.
    8. Sprawa podjęcia decyzji o wszczęciu walk, bezpośrednio związana była z informacją Montera o czołgach rosyjskich na Pradze.

    Oczywiście tacy ludzie jak Okulicki byli skrajnie odważni. Są relacje (np. Adama Bienia), że gdy Iwanow (Sierow) zaprosił do Pruszkowa na “rozmowy” przywódców polski podziemnej, to Okulicki tłumaczył, że jest to kolejny rosyjski podstęp. Wówczas usłyszał zarzut, że nie ma odwagi. Ten zarzut spowodował, że poszedł “mimo woli” razem ze wszystkimi 13 (później dołączono z wiezień pozostałych – słynny proce 16-tu i przypłacił to życiem.
    Osobna grupa argumentów dotyczy samych Niemców, o czym już pisałem. Zamach na Hitlera itp. Jest jeszcze jeden, który ma związek z Rosjanami. W zasadzie zniszczenie powstańców było aktem niemieckiego szaleństwa. Być może furia Hitlera po nieudanym na niego zamachu skierowała się także na Polaków. Hitler działał irracjonalnie. Niemcy nie potrafili wykorzystać sprzeczności w obozie przeciwnika. Gdyby pozorowali pacyfikację Warszawy, mogliby stworzyć pole konfliktu na linii powstańcy- ZSRR. Erich von dem Bach-Zelewski twierdził, że pacyfikację celowo spowolniano, bo była to gwarancja, że dopóki trwa, to Rosjanie nie ruszą z ofensywą. W pierwszej sprawie pewnie kłamał, w drugiej wygląda na to, że nie. A więc w interesie Niemców było pozorowanie pacyfikacji, a później nawet manifestacyjne pozorowanie, wówczas mogliby wykorzystać rosyjski propagandowy projekt, że AK jest skrytym sojusznikiem Niemców.

  21. Temat zbyt poważny, zbyt tragiczny by wykorzystywać go do zmagań sportowych. I dlatego też, nawet gdybym potrafił, nie „zapędzałbym do narożnika” nikogo.
    Wiemy, że poprzez odpowiedni dobór faktów i argumentów można dowieść prawie każdej tezy. N/t Powstania wypisano już hektolitry atramentu, powstały setki tomów wspomnień, analiz. A wciąż jednak tyle zasadniczych kwestii nie doczekało się odpowiedzi.
    Starałem się – na ile skutecznie, oceńcie sami – w swym wstępnym felietonie wyizolować te trzy podstawowe „dlaczego?”. Wasze wpisy pomogły nieco rozjaśnić mrok. Ale wciąż, póki te sowieckie archiwa nie ujrzą światła dziennego, pewności mieć nie będziemy. Rok temu można było przypuszczać, że istnieje taka szansa. Teraz, po krymsko – ukraińskiej awanturze chyba nawet najmłodsi z nas nie dożyją tego momentu.
    A co już teraz wiemy?
    Ano wiemy, że podłość i bezwzględny cynizm Stalina zaskoczył nawet takiego starego wyjadacza, jak Churchill (odmowa zgody na międzylądowania alianckich samolotów ze zrzutami dla Powstania),
    Wiemy, że Stalin posiadał najlepiej na świecie rozbudowany aparat wywiadowczo – dywersyjny NKWD/GRU (m.in. pokazują to dokumenty z archiwów wykradzionych i dostarczonych do Anglii przez płk. Mitrochina). I wiemy, że niezwykle aktywnie, umiejętnie i z bezgranicznym cynizmem wykorzystywał ten atut,
    Wiemy, że w momencie planowania i inicjacji akcji „Burza” polscy politycy i wojskowi nie byli świadomi ustaleń z Teheranu. A więc mieli prawo zakładać, że gra o Polskę, o jej powojenny kształt, ustrój jest wciąż tematem otwartym. Więc że odpowiednie wykorzystanie podziemnej armii w Kraju może zaowocować powrotem do Warszawy legalnych, konstytucyjnych władz. Ale wiemy również, że wiedzą o Teheranie podzielono się z członkami polskiego rządu na uchodźctwie już późną wiosną 1944 (nie pamiętam źródła, może któryś z Was pomoże). Było to już po pierwszych tragicznych doświadczeniach ujawniania się podziemnych struktur przed wkraczającą Armią Czerwoną.
    Wiemy, że Wódz Naczelny, gen. Sosnkowski do ostatniej chwili był przeciwny wybuchowi powstania powszechnego. Że w maju 44 wysłał do kraju płk. Okulickiego, by ten wybił z gorących głów pomysł konfrontacji zbrojnej, a już szczególnie na terenie Warszawy.
    Wiemy, że tenże płk. Okulicki (wtedy już mianowany generałem brygady) postąpił dokładnie wbrew instrukcjom szefa.
    Pisze „Podsudecki”: …Oczywiście tacy ludzie jak Okulicki byli skrajnie odważni. Są relacje (np. Adama Bienia), że gdy Iwanow (Sierow) zaprosił do Pruszkowa na “rozmowy” przywódców polski podziemnej, to Okulicki tłumaczył, że jest to kolejny rosyjski podstęp. Wówczas usłyszał zarzut, że nie ma odwagi. Ten zarzut spowodował, że poszedł “mimo woli” razem ze wszystkimi …”. Ta skrajna odwaga, wzmiankowana powyżej, przez wielu mu wspólczesnych odbierana była jako „chojractwo”. Pamiętajmy też, że to właśnie Okulicki – bo to on był wtedy szefem Podziemia – zdecydował nie tylko spotkać się z Ruskimi, ale i wziąć ze sobą na spotkanie całe (z wyjątkiem płk.Rzepeckiego) kierownictwo Podziemia. I zrobił to wbrew kategorycznym zakazom londyńskich wojskowych władz. Kosztowało go to nie tylko kulkę w łeb w niecałe dwa lata później (Sowieci w wiele lat później ujawnili, że zmarł na serce w dzień wigilii 46), ale i wykreślenie jesienią 45 z ewidencji oficerów Polskich Sił Zbrojnych i pozbawienie szlifów generalskich – za powtarzające się przypadki niesubordynacji.
    Wiemy, że w 1940/41 roku, w sowieckich więzieniach Lwowa i Moskwy – płk. Okulicki deklarował swą współpracę przesłuchującym go enkawudzistom (m.in. Sierowowi). Znana jest treść napisanego w więzieniu listu do Stalina. Nie wiemy jednak, czy te „deklaracje” nie były tylko chytrym wybiegiem złamanego w okrutnym śledztwie pułkownika. Czy w ogóle i jak daleko sięgała potem dalsza „współpraca”?
    Tych „wiemy” jest już znacznie więcej – i wiele z nich wymieniałem w poprzednich wpisach, nie będę się powtarzał. Tych „nie wiemy” pozostaje wciąż mnóstwo. Dlatego też, choć nieraz mocno kusi, nie formułował bym ostatecznych hipotez.
    Z tym ostrożnym stwierdzeniem pozostawiam Was na następne trzy tygodnie – które zamierzam spędzić w kanadyjskiej głuszy, gdzie nawet internet nie dociera. Dam Wam więc szansę swobodnego kontynuowania dyskusji bez obawy, że ktoś „zapędzi do narożnika”. A sobie zapewniam komfort nie oglądania niesmacznego spektaklu rocznicowego „światło – dźwięk”, gdzie bawiący się w Indian młodzi warszawiacy poprzebierani zostaną w przypominające powstańcze panterki stroje, założą plastikowe chełmy, takież opaski i „strzelać” będą do wyimaginowanego wroga z plastikowych „błyskawic”. Zapewniam też sobie komfort nie oglądania spektaklu polityków grających „w kości”, gdzie Prezes przyrównywać będzie „smoleńskie” ofiary do ofiar Powstania i ogłaszać znów będzie uroczyście godzinę „W”…

  22. Podsudecki says
  23. Podsudecki says
  24. Podsudecki says
  25. Odpowiedź „Ciemnemu” po powrocie z “kanadyjskiej głuszy”:
    „…Ot i taki jest pański patriotyzm….”. (cytat z „Ciemnego”).
    Ano taki właśnie jest (!), Sz. Panie „Ciemny”.
    Kanadyjska głusza nic tu nie była w stanie naruszyć ani zmienić. Bo jest taka cienka różnica między patriotyzmem, a … kultem patriotyzmu. Czy Pan dostrzega różnicę? Kumamy?…
    Marszałek Piłsudski wyczuwał to świetnie. Wielu po Nim też… A „Ciemny”?….
    Wzmiankowany przeze mnie Prezes (wiemy wszyscy, o kogo chodzi) cynicznie gra naszymi niezbyt czujnymi uczuciami tym właśnie kultem. Gra o władzę. I to jest mi wstrętne.
    Gra ofiarami smoleńskiej katastrofy, grali (bo i on i bliźniak) ofiarami Powstania (zobaczcie i przeczytajcie mój felietonik pt. „Polska gra w kości” na tym samym portalu).
    I to by było na tyle, by nie zlekceważyć wpisu Sz. P. „Ciemnego” (ciekawe, czy kiedyś zdobędzie się p. „Ciemny” na odwagę odsłonięcia woalki?).
    A teraz ciekawy tekst n/t Powstania p. Szymona Jakubowskiego z jednego z najpopularniejszych polskich portali:
    „Powstanie Warszawskie było aktem ogromnego bohaterstwa i pogardy dla śmierci. Dlatego składam hołd bohaterskim żołnierzom AK i innych formacji biorących udział w walce, ludności cywilnej. Pochylam głowę nad mogiłami palonych żywcem, mordowanych, gwałconych. Oddaję im cześć. Ale jednocześnie protestuję przeciwko tworzeniu kultu osób odpowiedzialnych za tą masakrę: Bora-Komorowskiego, Niedźwiadka (Kobry) – Okulickiego, Montera-Chruścickiego i innych. Protestuję przeciwko stawianiu pomników ludziom o mentalności pijanego kaprala, którzy w imię swoich niejasnych interesów doprowadzili do zagłady miasta i śmierci 200 tysięcy osób. A to argumenty:
    1. Powstanie nie miało skonkretyzowanego realnego celu. Właściwie jedyny to demonstracja siły w obliczu wkraczających Rosjan. Argument głupi bo nijak mający się do ówczesnych uwarunkowań. Nawet całą Armia Krajowa ze swym uzbrojeniem nie była w stanie realnie zagrozić jakiemukolwiek większemu zgrupowaniu czerwonoarmistów, nie była w stanie nawet przeciwstawić się rozbrojeniu, co dobitnie pokazały znane dowództwu AK wydarzenia związane z akcją “Burza”. Czy wywieszenie biało-czerwonych flag (notabene i tak wywieszanych przez berlingowców) i kilkudniowe “gospodarzenie” zanim dojdzie do rozbrojenia warte było takiej masakry?
    2, Powstanie pod względem logistycznym nie było z nikim uzgodnione. O zaskoczeniu wspominał Churchil w rozmowie z Andersem w sierpniu 1944, dla Aliantów wspieranie odległego Powstania było tylko marnowaniem ludzi i środków potrzebnych na froncie zachodnim, jak również niepotrzebnym z ich punktu widzenia zadrażnianiem stosunków z Sowietami, którzy póki bili Niemców byli dla nich najważniejszymi sojusznikami,którym warto było przebaczyć wszelkie świństwa i zajęcie połowy Europy.
    3. Marzenia o tym, że Rosjanie pomogą, a w zasadzie sami przy symbolicznym (bo taka niestety prawda) udziale AK zdobędą Warszawę, po czym łaskawie oddadzą miasto “Londyńczykom” świadczyły o oderwaniu od rzeczywistości zwłaszcza, że każdy racjonalnie myślący wiedział do czego Rosjanie są zdolni (17 września, deportacje, Katyń, “Burza”). Snucie planów o udziale w Powstaniu brygady spadochronowej to już przejaw zupełnego debilizmu. Nie doprowadziłoby to do niczego innego jak zagłady tej jednostki potrzebnej na froncie zachodnim a nie wpłynęłoby na wynik Powstania, tak jak nie wpłynęła śmierć kilku tysięcy “Berlingowców”, mimo, że ich siła ognia była wielokrotnie większa niż całej AK w Warszawie.
    4. Wywołanie Powstania politycznie skierowanego przeciwko Rosjanom i jednoczesne pretensje do nich, że nie pomogli to cynizm i rozdwojenie jaźni. Porzucając emocje postarajmy się zrozumieć sposób myślenia Stalina. Po co miałby pomagać tym, z którymi za chwilę musiałby walczyć? Jego tok rozumowania był podobny jak naszych przywódców. “Nasi” marzyli o wzajemnym wykrwawieniu się Niemców i Rosjan by zrealizować własne plany. Stalin też myślał o wykrwawieniu się swoich wrogów. I wykorzystał okazję.
    5. Twierdzenie, że “Rosjanie bezczynnie stali pod Warszawą” świadczy o braku elementarnej wiedzy na temat sytuacji na froncie latem i jesienią 1944. Rosjanie “stanęli bezczynnie” nie tylko pod Warszawą ale na całym niemal odcinku frontu od północy po Karpaty. Tak samo jak pod Warszawą, stanęli na pół roku na granicy Prus Wschodnich, pod Krakowem, czy pod Jasłem, Powstanie Warszawskie nie było jedynym, któremu nie pomogli, tak samo “bezczynnie” stanęli niemal na odległość strzału karabinowego od terenów zajętych przez powstańców słowackich.
    6. Latem i jesienią 1944 stokroć ważniejsze z militarnego punktu widzenia od forsowania Wisły była ofensywa na południu Europy, która miała co najmniej dwa niezwykle istotne zadania: zdobycie surowców (roponośne pola Rumunii) i skuteczne wyeliminowanie sojuszników Hitlera: Węgier, Rumunii, Bułgarii
    7. Rosjanie nie byli jedynymi w alianckim obozie, którzy nie chcieli ani wspierać ani tolerować uzbrojonych, a co ważniejsze nieprzyjaznych im formacji na swoich tyłach. Anglicy z jeszcze większą bezwzględnością niż Rosjanie z AK rozprawili się z partyzantką komunistyczną w Grecji, a tamtejsza wojna domowa pochłonęła więcej ofiar niż stalinowski terror w Polsce. We Francji dominującą siłą w ruchu oporu była komunistyczna Resistance. Tamtejsi komuniści, cieszący się autentycznym poparciem dużej części społeczeństwa, musieli jednak grzecznie i potulnie złożyć broń i nie cwaniakować. Takie wojenne realia, rządzi ten kto ma więcej czołgów i dywizji.
    8. Nie ma dowodów na to, że Warszawa nawet bez Powstania uległaby zagładzie. To, że tracący poczucie rzeczywistości Hitler ogłosił ją twierdzą o niczym nie świadczy. Niemcy w pewnej chwili twierdzami ogłaszali niemal każdą mieścinę. Warszawa nie była jakimś megastrategicznym punktem na tym odcinku frontu. W styczniu 1945 została zdobyta prawie bez walki (porównując z innymi operacjami).
    9. Jeżeli powodem zatrzymania ofensywy na linii Wisły przez Rosjan było tylko odczekanie aż Powstanie to dlaczego Rosjanie nie ruszyli dalej na początku października? Odpowiedź w pkt. 5-6. Rosjanie ruszyli dopiero w styczniu po podciągnięciu zaplecza i to nawet wcześniej niż planowali. Ruszyli wcześniej, w odpowiedzi na błagania Aliantów, którzy dostawali ostro po karku w Ardenach.
    10. Opór organizuje się ludźmi żywymi a nie masowymi mogiłami. Te 200 tysięcy ludzi – ofiar zagłady Warszawy – wśród nich elita intelektualna społeczeństwa skuteczniej ratowałoby Polskę przed sowietyzacją pracując organicznie niż wypełniając cmentarze. Nie wspominając o tym, że zagłada stolicy skutecznie wybiła wielu z głowy wojowanie z Rosjanami i wpłynęła na postawę dużej części społeczeństwa w następnym latach, które w swej masie pogodziło się z narzuconą rzeczywistością. Nawet jeżeli po zajęciu Rosjan Warszawa padłaby ofiarą sowieckich represji to dotknęłyby) może kilku tysięcy osób, nie dwustu tysięcy.
    11. Argument, że gdyby nie decyzja o wybuchu Powstania to i tak by ono wybuchło, bo ludzie mieli dość obalił już dawno temu bodajże Karski. O tym co ma zrobić społeczeństwo nie decyduje ono same, lecz jego zorganizowane elity. AK byłą formacją wojskową podlegającą rozkazom. Bez rozkazów nic poza jakimiś bezwładnymi strzelankami by się nie stało. Przypomnę, że przez 5 lat dowództwo AK bardzo ograniczało zakres otwartych działań zbrojnych by nie powodować niepotrzebnych strat w wyniku odwetu. Nagle komuś odbiło i postanowił poświęcił milionowe miasto. Sprawcy Powstania zaszastali polską krwią w sposób haniebny, nie różniąc się od wielu sowieckich dowódców, dla których ludzkie życie w warunkach bojowych nie było wiele warte.”.

  26. Podsudecki says

    Jak nie kijem, to pałką. Przykre by było, aby podsumowaniem naszej dyskusji miał być ahistoryczny tekst pana Jakubowskiego. Nie będę się odnosił do kwestii Prezesa, bo nie o tym rozmawiamy, jednak nie sposób nie okazać zdziwienia, że na tym świecie słowo “gra” odnosi się jedynie do niego. Podejrzewam, że gdy Prezes wykonuje czynności codzienne, to tez “gra”, gdy inni: piszą bloga, awansują, zawierają kontrakty, zajmują się polityką, dążą do władzy, uczestniczą w uroczystościach i odpoczywają. Przykład Prezesa jest dobry, by pokazać, jak łatwo umysłem Polaka zmanipulować i pokazywać standardowe zachowania w wolnym demokratycznym kraju jako wynaturzone, natomiast zachowania podłe jako normalne. I tu można powrócić do kwestii Powstania.
    Nie wiem dlaczego Antoni Chruściel stał się Chruścickim. Nie rozumiem dlaczego pisząc o polskich oficerach, porównuje ich do pijanego kaprala, gdy kapral u władzy kojarzy się z “szalonym” Hitlerem, a już całkowicie absurdalne jest wypisywanie o swoich niejasnych interesach i o tym, że Polacy doprowadzili do zagłady. Myślę, że za krótko pan Jakubowski posiedział nad podręcznikiem.
    1. Pan Jakubowski mógłby równie niemądrze napisać, że powstanie w getcie warszawskim rok wcześniej było demonstracją siły. Nie można polemizować z ahistorycznymi tezami niedouczonego autora, ale spróbuję. Zbyt dużo napisałem o okolicznościach decyzji o walce w Warszawie. To nie była demonstracja siły, tylko demonstracja woli walki z Niemcami, która bez wsparcia Aliantów nie miałaby sensu. Tego wsparcia nie udzielono, tzn. nastąpił rozłam w Wielkiej Koalicji co do wsparcia, ale o tym rozłamie nie można było wiedzieć przed wydarzeniami, ponieważ w akcji Burza na Wschodzie wsparcie zbrojne Rosjanie dali, a i wsparcie w ramach Lend-Lease nadal trwało, no chyba że się jest panem Jakubowskim i rozważa wszystko po tym, jak się mleko już wylało. Takich mądrali jest zawsze na pęczki, którzy podziwiają rozsadek zwycięzców i głupotę tych co ponieśli klęskę. Na pochyłe drzewo każda koza wskoczy. W ówczesnej kalkulacji, rozbrojenie zwycięskich oddziałów AK przez Rosjan w Warszawie byłoby dużo lepsze, niż los, który chcieli zgotować im z jednej strony obrońcy twierdzy Warszawa, a z drugiej, wkraczający czerwonoarmiści, pogromcy wszelkich odmian faszyzmu.
    2. Zabawny punkt. Churchill mógł wybaczać Rosjanom zajęcie na trwałe pół Europy, ale dlaczego to Polacy mieli się z tym pogodzić ? Wg pana Jakubowskiego należało przyjąć brytyjski punkt widzenia, no to skoro tak, to samounicestwienie AK rozwiązywało sporny problem rosyjsko-brytyjski. Oczywiście, poruszamy się w stronę absurdu.
    3. No tutaj pan Jakubowski sobie pofolgował. Kwestia nawoływania do powstania przez komunistów nie jest znana panu Jakubowskiemu. Pasywność Warszawiaków, w świetle propagandy rosyjskiej, byłaby postawą proniemiecką na tle wydarzeń (twierdza, budowa fortyfikacji itd.). Chodziło o to, by przed drugim Katyniem się uchronić, czego nie rozumie pan Jakubowski. W 1944 r. dekonspiracja AK była już pełna. Ta “rosyjska” motywacja była i tak w tyle głowy, bo na pierwszym planie była niezwykle silna chęć zakończenia krwawej okupacji niemieckiej udanym bojem.
    Brygada spadochronowa mogłaby z łatwością być przerzucona do Warszawy, gdyby w tym dziele współdziałali Rosjanie. Amerykanie mieli swoje lotnisko w Połtawie i wystarczyło jedynie nie przeszkadzać (pomijam fakt oddania brygady pod komendę brytyjską na potrzeby operacji desantowej w Holandii). Natomiast “zupełnym debilizmem” historycznym jest wypisywanie o sile ognia 3 DP tzw. berlingowców. Byli to chłopi z Lubelszczyzny, świeżo zmobilizowani, bez przeszkolenia wojskowego i bez doświadczenia bojowego, i bez ciężkiego sprzętu. Ta pomoc była cyniczną grą Stalina, o czym pan Jakubowski nic nie wie.
    4. Dla Stalina wrogiem był cały nierosyjski świat. Jednak w pewnych okolicznościach decydował się z kimś z tego świata na jakąś formę współpracy. Dla Polaków cały świat nie był wrogiem. Wrogiem był ten w świecie, który CZYNNIE wspierał zagładę Polski. Utożsamianie obu postaw wystawia świadectwo poziomu intelektualnego i moralnego panu Jakubowskiemu.
    5. Pan Jakubowski nic nie wie o rosyjskich próbach pomocy dla powstania na Słowacji.
    6. Mam wątpliwości co do talentów myśli strategicznej pana Jakubowskiego. Wielu znawców tematu, jak choćby wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, twierdzi coś wręcz przeciwnego. Stalin z punktu widzenia swoich zaborczych skłonności popełnił błąd. Miał szansę na zajęcie całych Niemiec. Siły niemieckie na Bałkanach byłyby jałowe, gdyby upadły Niemcy. Niemcy byłyby z punktu widzenia imperialnych dążeń Rosji o wiele wartościowsze niż Bałkany. Powstanie Warszawskie bezwiednie uratowało Europę przed tym wariantem.
    7. Z Wikipedii: po obu stronach “według danych rządowych, prawdopodobnie przesadzonych, łączna liczba ofiar wojny domowej w Grecji sięgnęła 150 tys. osób. /…/ Historycy greccy przyjmują 70 tysięcy, jako aktualnie najbardziej prawdopodobną liczbę ofiar śmiertelnych, dotychczas systematycznie podnoszoną, w miarę dalszych badań.” Nie wiemy jaka liczba ofiar śmiertelnych dotyczy Polski w związku z utrwalaniem władzy ludowej. Czy ofiary Powstania Warszawskiego też obciążają konto sowietyzacji Polski ? W Grecji była wojna domowa, czy w Polsce też ? A dlaczegoż by francuscy komuniści po wyzwoleniu nie mieli złożyć broni ? Czy miarą ich praw miałaby być kartka wyborcza, czy cwaniakowanie z bronią w ręku ? Porównywanie tłumienia dążeń niepodległościowych z rewolucją komunistyczną, która miała przemocą dać władzę totalitarną mniejszości nad większością, przypomina mi dawne komunały propagandy peerelowskiej.
    8. No, nie ma dowodów. Bo też nie jesteśmy w sądzie. Dla pana Jakubowskiego Festung, czy każda inna broniona miejscowość, to to samo. Żenada. Przykład Mińska, czy Wrocławia nie wchodzi w rachubę. Także zaprzecza sam sobie. Warszawę łatwo zdobyto w 1945 r., a wcześniej było to niemożliwe. Trzeba dodać, że Festung Warschau z sierpnia 1944 r. niewiele ma wspólnego z 20 mln metrów sześciennych gruzu bronionych w styczniu 1945. Przy wsparciu powstańców wyzwolenie Warszawy latem 1944 r. byłoby łatwiejsze, gdyby do niego doszło (tak jak stało się to w Wilnie).
    9. Dlaczego Rosjanie nie ruszyli w X 1944 po upadku powstania ? Tego nie wiem, może jest coś w archiwach rosyjskich. Mogę się tylko domyślać, że nastąpiło przegrupowanie wojsk i siły były związane walką na Bałkanach i na północy (kraje bałtyckie, Karelia itd). Była to decyzja polityczna, a nie strategiczna. O tym już pisałem. Natomiast represje na Polakach trwały po obu stronach frontu. Palono Warszawę. Być może Stalin dał temu preferencję. A może chciał dotrzymać umowy w kwestii wyznaczonej linii demarkacyjnej na Łabie ? Czy czekał, by tygrysy spod Ardenów Hitler rzucił przeciw Zachodowi ? Czy wiedział, że po upadku Rumunii zabraknie im paliwa ? To za wiele gdybania jak na moją głowę.
    10. Każdy Polak (mam nadzieję) żałuje, że Powstanie skończyło się klęską i ofiarami. Czy wszystko można było przewidzieć ? Po wojnie już można. Niestety, okoliczności podjęcia decyzji walki dawały szansę na sukces, dlatego pisanie o świadomym dążeniu do klęski jest zbrodnią na prawdzie wobec wszystkich, którzy do powstania przystąpili. Żaden wariant nie był stuprocentowy. Dzisiaj wielką stratą jest także to, że zło tryumfowało, a wartości podstawowe są postrzegane jako słabość. W Polsce można obserwować kompleks ucieczki od prawdy, ucieczki od imponderabiliów. W czasie wojny Polska była militarnie słabsza od swoich wrogów, w takiej sytuacji toczenie wojny sprawiedliwej jest wzmocnieniem. Jeżeli i to odrzucimy, i zmienimy aksjologię na taką, jaką proponuje pan Jakubowski, to dalej będziemy słabsi militarnie, ale również słabi racją i prawdą. Nic nam nie pozostanie, więc i nas nie będzie.
    11. Bezwładne strzelanki. Dobre. To przykład, jak współczesny człowiek, czyni projekcję współczesnych realiów na sytuację z przeszłości. Pan Jakubowski nie wie, że za jednego zabitego Niemca rozstrzeliwano 50-100 Polaków. Były to egzekucje publiczne na ulicach. W Warszawie jest wiele takich miejsc. W takich warunkach po raz pierwszy Warszawiacy zbiorowo nie zastosowali się do zarządzenia okupanta. Za to była przewidziana tylko jedna kara (np. w 1944 r. Niemcy zdążyli zagazować setki tysięcy Żydów węgierskich). Zamiast 100 tys. do budowy fortyfikacji, stawiło się kilkudziesięciu, może kilkuset z łopatami. Miały ich zabrać ciężarówki. Odeszli niezadowoleni, bo Niemcy obiecali zapłatę, a ciężarówki nie podjechały. Dlaczego nie stawili się wszyscy ? Przecież to było takie rozsądne. A dlaczego KG AK przez 5 lat zabiegała o minimalizację ofiar będących skutkiem represji okupanta za akcje zbrojne ? Chyba nie po to, by było komu budować fortyfikacje niemieckie Warszawy. Otóż chodziło głównie o to, by skupić siły na celu najważniejszym, na powstaniu powszechnym, w chwili, gdy będzie możliwe zwycięstwo, w chwili gdy możliwa będzie pomoc Aliantów.

    • Drogi Panie Podsudecki,
      Dziekuje panu za ten a takze za poprzednie teksty polemiczne a wlasciwie stawiajace sprawe Powstania na nogach. Nie wiem kim pan jest ale bardzo, bardzo dziekuje za powyzsze. Wielki szacunek dla glebokiej wiedzy, odwaznej i po prostu godnej prawdziwego patrioty analizy tych tragicznych wydarzen. Chyle czola.

  27. Ach… jak spodobał mi się ostatni wpis „Podsudeckiego”! Ostry, jednoznaczny, nie pozostawiający „suchej nitki” na poglądach p. Jakubowskiego – też przecież, skąd innąd, historyka (choć „niedouczonego” – a któryż z Was się tak do końca douczył?). Dopieprzający i mnie za te „prezesowe gry kośćmi”.
    Tak być powinno, takie właśnie i w takim tonie wyrażane wymiany poglądów chciałbym i w przyszłości spotykać na mym blogu. Uwielbiam ten pański styl, panie „P”!…
    Strzeż mnie i nas wszystkich „Panie Zielonooki” przed poprawnością polityczną – zostawmy ją politycznym szulerom.
    A co do tzw. „faktów historycznych”… Panowie (i Panie) wiecie przec, że historia jest jedynie taką, jaką opiszą ją historycy. Wyławiając i zestawiając tzw. „fakty”, by pasowały do ich indywidualnie tworzonych hipotez – jakże czasami się różniących.
    Tak jest i z Powstaniem Warszawskim. Nikt obecnie, po siedemdziesięciu wreszcie latach, nie kwestionuje już bohaterstwa walczących, ich – początkowego przynajmniej – patriotycznego entuzjazmu. Straty wśród ludności cywilnej, skala warszawskiej masakry też przekraczają jakiekolwiek przykłady z przeszłości. Nie o to się więc spieramy. Więc co nas ciągle różni?
    Różni nas odpowiedź na często zadawane ptytanie: „czy było warto?”.
    Czy ofiara setek tysięcy pomordowanych odpłaciła się po latach, przyszłym pokoleniom Polaków, „Solidarnością” i III Rzeczpospolitą?
    Czy bez tej ofiary stalibyśmy się może którąś tam sowiecką republiką?
    No i… czy była to rzeczywiście OFIARA (bo ofiara winna być, choć w jakimś stopniu, świadoma)? Czy też może było to po prostu odreagowanie na cztery ponure lata okrutnej okupacji, upokarzającej wrześniowej klęski, poniżenia.
    Są to pytania czysto hipotetyczne i takimi pozostaną. Pewnym jest tylko, że Ci walczący i ginący na Starówce, w Śródmieściu czy na Mokotowie, Ci przysypani gruzami w piwnicznych schronach, Ci zamordowani na Woli – takich pytań nie stawiali sobie wtedy i pewnie nie to ich motywowało.
    Poznajemy więc fakty, staramy się zrozumieć logikę tej hekatomby, dobieramy odpowiednie – by jakoś „pasowały” do naszego obrazu.
    „Podsudecki” zadał sobie wiele trudu, by rozgromić Jakubowskiego. Inaczej niż on ocenia siłę bojową chłopskich „berlingowców”, przytacza fakty propagandowej akcji sowietów – naganiających do zbrojnego zrywu w Warszawie (wnioski???), podaje ze szczegółami „kto kogo” na jakim froncie i przyczółku… Snuje rozważania n/t ew. udziału w Powstaniu polskiej brygady spadochronowej ( a przecież „Podsudecki” nie odmawiał jej możliwości lądowania – uważa jedynie, że byłaby to kropla w morzu, nie mająca militarnego znaczenia, a brygada przeznaczona byłaby na wybicie).
    Ale, przede wszystkim, „Podsudecki”… interpretuje. Nie dopuszcza też do swej świadomości takiej możliwości, że wśród dowódców – decydentów mogli być i tacy, którzy wykonywali rozkazy Kremla.
    Piszę „i tacy”, bo przecież na pewno nie wszyscy. Grono osób w Komendzie Głównej Armii Krajowej składało się z wielu: byli tacy jak Okulicki, Rzepecki, Pełczyński – którzy otwarcie i przy użyciu wszelkich metod parli do powstania. Był „Monter” (Chruściel) – „gorącogłowy”, łatwy do zamanipulowania, zafascynowany perspektywą walki i podatny na niesprawdzone wiadomości, które mogły tę walkę umożliwić. Byli tacy, jak Iranek – Osmecki (szef wywiadu AK – a więc człek wielce kompetentny – poczytajcie sobie jego wspomnienia) ostrzegający przed nieuchronną klęską. Był i „Bór” (Komorowski) – do ostatniej chwili wahający się z podjęciem decyzji (której żałował już w niecałą godzinę po jej podjęciu). Byli wreszcie i tacy jak mój Ojciec, ppor. „Smuga” z warszawskiego Kedywu (a takich było bardzo wielu), którzy wierzyli dowództwu, chcieli walczyć , walczyli i ginęli.
    Błędem więc zasadniczym jest wrzucanie ich wszystkich do jednego wora, ocenianie według jednej sztampy: „bohaterowie”, lub „zdrajcy”.
    Mnie, a dałem chyba temu wyraz w felietonie i późniejszych komentarzach, zaprząta i zaprzątało pytanie: „dlaczego?”. Dlaczego trójka wysokich oficerów Komendy Głównej z takim uporem i wbrew dyrektywom swych londyńskich przełożonych, parła do rozpoczęcia masakry? Dlaczego, wbrew doświadczeniom akcji „Burza” (współdziałanie AK i Armii Czerwonej przy zdobywaniu Wilna i paru innych miejskich objektów, panie „Podsudecki”, nie było jednak tej akcji przykładem zachęcającym), komendant „Bór” dał się zmusić do wydania rozkazu? Dlaczego, pomimo tak rozsądnego oszczędzania „substancji narodu”, jego duchowej i intelektualnej elity przez poprzednie cztery lata, zdecydowano się wreszcie ją unicestwić – bo wynik tego zrywu, dla „inicjatorów”, był od samego początku oczywisty.
    I wreszcie: dlaczego, pomimo tak wielu znaków zapytania, czcimy dziś inicjatorów (bo wykonawcami byli Niemcy, a autorami – Sowieci) tej rzezi, nadając placom i ulicom ich imiona i stawiając im pomniki?
    A co do „polskiej gry w kości” i „prezesa”?.. Tak, polityka to gra, więc politycy grają (wszyscy – a jak nie grają, nie zasługują na miano polityków) i tu przyznaję „Podsudeckiemu” rację. Istotne jednak, czym i jak grają, panie „Podsudecki”.
    Kończąc ten krótki komentarz podaję Wam do kliknięcia i przeczytania adres na mój, trzy lata temu już napisany lecz wciąż aktualny felieton, rozwijający nieco temat:
    http://www.tkpedmonton.com/557/polski-gra-w-kosci
    A również i na interesujuący portal p. Szymona Jakubowskiego, z którego to portalu skopiowałem wpis n/t Powstania:
    https://www.facebook.com/szymon.jakubowski.96?fref=nf

    Pozdrawiam też “Ciemnego” i Was wszystkich i zachęcam do dalszego uczestnictwa…

  28. Podsudecki says

    Historia ma wiele poziomów. Jest pierwszy, bazowy – poszukiwanie źródeł i praca badawcza nad źródłem oraz publikowanie jej rezultatów, jest drugi – monograficzny, który oparty jest na wszystkich dostępnych opracowaniach bazowych i także na źródłach, trzeci – to syntezy oparte na monografiach i innych syntezach, czwarty – podręczniki, piąty – publicystyka, przewodniki. Być historykiem oznacza, mieć dorobek na jakimś poziomie wskazanej aktywności. Skoro przyszły nowe czasy, nowe wyzwania, zapewne blogowanie, czy wpisy na Facebook’u, czy Twitter’ze zaliczyć trzeba do piątego publicystycznego poziomu uprawiania historii. Czymś się jednak różnić powinien historyk od nie historyka piszącego o historii. Otóż historyka obowiązują jakieś zasady metodologiczne. Należy zgłębić literaturę danego tematu z poziomu go poprzedzającego. Tak jak badacz (np. archeolog) nie może nie znać źródła, o którym coś wypisuje, tak publicysta – ten z poziomu piątego – powinien zapoznać się z podstawową dawką wiedzy podręcznikowej. Otóż, “Podsudecki” nie zadał sobie wiele trudu, by rozgromić Jakubowskiego, ponieważ pan Jakubowski nie trzyma zasad.
    Z drugiej strony jego tekst nie jest tekstem historycznym sensu stricte, ale ideologicznym. Historyk nie jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania i wątpliwości, ponieważ ogranicza jego możliwości metodologia. Końcowe wnioski budowane są od dołu, od źródła i czasami stwierdzenia, które wydają nam się oczywiste, mogą być w świetle wiedzy historycznej nieuprawnione. Inaczej z ideologią: najpierw stawiana teza, poglądy, zawsze w interesie jakiejś większej grupy, a później dobierane dla ich uzasadnienia argumenty, fakty, dane itp. Tak więc, to co napisał Stanisław o historii, nie dotyczy historii, tylko ideologii, która ubiera się w różne piórka, czasami próbując uchodzić za historię. Nasza dyskusja jest w gruncie rzeczy ideologiczna i nic w tym złego, ale wówczas argumenty historyczne mają moc artylerii, a pan Jakubowski słabo się okopał.
    Druga kwestia metodologiczna dotyczy zasobu posiadanej wiedzy. Kij ten ma dwa końce, z jednej strony jest pełna niewiedza, z drugiej pełna wiedza. Często obserwujemy ludzi reprezentujących w jakimś określonym temacie pierwszą skrajność, nie ma natomiast na Ziemi ludzi, którzy reprezentują pełną wiedzę o danym przedmiocie, to (od czasów przedchrześcijańskich) rezerwowano jedynie dla Bogów. Jako, że Bogiem nie jestem, to proszę mnie nie deprecjonować tym, że nie mam pełnej wiedzy o danym przedmiocie.
    W kwestii Powstania doszliśmy do momentu, w którym pozostaje spisać protokół rozbieżności. Wydawało mi się, że fakty które przytoczyłem, wychodząc od cech mentalnych Polaków ukształtowanych jeszcze w XIX w. i pocz. XX w., pozwalają zrozumieć dlaczego doszło do walki w Warszawie. Mimo to Panie Stanisławie, napisał Pan: “Dlaczego trójka wysokich oficerów /…/ parła do rozpoczęcia masakry ? /…/ bo wynik tego zrywu, dla , był od samego początku oczywisty.” Te opinie uważam za historycznie nieuprawnione. Inicjatorzy liczyli na inny przebieg wydarzeń. Opowiadam się za wersją błędów popełnionych przez inicjatorów Powstania, a nie realizacją diabolicznego planu (czyli w gruncie rzeczy za wersją braku błędów). Oddzielam decyzję A, (że w Warszawie walczymy), od decyzji B, (kiedy zaczynamy walczyć ?) Skłaniam się ku wnioskowi, że jedynie ta druga decyzja była błędna i to wystarczyło, by Niemcy zmasakrowali Warszawę. Decyzja A o walce w Warszawie dawała szanse na przygotowanie i gotowość w warunkach jakie były, wywoływała jednak zgubne napięcie psychiczne (warto dodać, że raz zgrupowaniom wysłano rozkaz rozejścia się do swoich domów). Decyzja B wymagała większej roztropności. Dzisiaj wiemy, że należało czekać, lepiej byłoby spóźnić się, niż walkę zacząć przedwcześnie. Co do planu diabolicznego – gdyby oficerowie sztabu KG AK wydali rozkaz wbrew nastrojom społeczeństwa Warszawy, to co innego, ale gdyby na miejsce Okulickiego, Pełczyńskiego postawić kogokolwiek z dołu struktury konspiracyjnej, to ich postawa w miażdżącej większości byłaby podobna. Młodzi rwali się do walki. Zapytać należy: to co, wszyscy byli agentami rosyjskimi ? No tak, jeżeli chęć walki przeciw Niemcom w momencie zbliżającej się Armii Czerwonej, wiara w pomoc przez nią udzieloną, obawa że “starsi w narodzie” kunktatorzy, jak przekazywała polska literatura, znowuż opóźniać będą decyzję o wszczęciu walki, bo jedynie lud prosty jest prawdziwie patriotyczny, branie za dobrą monetę propagandy komunistycznej nawołującej do czynu, jest agenturalnością, to w tym znaczeniu większość młodych w Warszawie była już agentami. Tylko, że gra w słówka nie ma sensu. Każdy powstaniec miałby prawo oburzyć się na tak postawioną sprawę.
    Na koniec chciałem podziękować Stanisławowi, że pozwolił nam wszystkim uczcić dyskusją 70 rocznicę Powstania, podziękować wszystkim, którzy polemizowali, przeprosić za zbyt wysoki stopień temperatury sporu, jeśli ktoś, wbrew mojej intencji, tak odczuł. Wiem z doświadczenia, że choćby napisano tonę opracowań historycznych, najważniejsze bywa to, co nam powiedzieli naoczni świadkowie, a co dopiero, gdy nam powiedział ojciec. Dotyczy to w zasadzie większości poglądów politycznych, kwestii światopoglądowych, nie każdy chce, czy potrafi oderwać się od tego balastu myślenia. Jak podejrzewam, jeszcze większy wpływ mogą mieć własne traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa. Ja też otrzymałem przekaz od mojego ojca. Żołnierz siedzący w okopie niewiele wie. Widzi ogniki strzelających do niego karabinów maszynowych, piasek transzei, słyszy huk eksplozji, wykonuje długie marsze, poszukuje okazji na sen, nie wie, kto na wyższym szczeblu dowodzi, jakie jest ugrupowanie wojsk. O tym wszystkim gdzie był, dowiedzieć się może po wojnie z książek. Dopiero wówczas zapozna się z doktryną obronną, stanowiskiem inicjatorów, decydentów, wydarzeniami w innych częściach frontu, stosunkiem sił stron walczących itp.
    Pozdrawiam Wszystkich serdecznie.

Leave a Reply to Andrzej Wendrychowicz Cancel reply

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.